Przejdź do głównej zawartości

Mięsny obserwator

Dwie rodziny stoją przede mną w kolejce na mięsnym. Myślę - luz, ekspedientki trzy, osób w kolejce sześć, dzielone na trzy osoby przypadające na stado, czyli dwóch unikalnych użytkowników eee… kolejki, plus ja. Podsumowując - jedna baba za ladą moja! Prosta matematyka.
Dupa. Otóż jedna kobita pochylona nad otwarta kasą, ze zmarszczkami wysiłku umysłowego i potem na czole, liczy klepaki. Druga natomiast szoruje krajalnicę. Czyli czekam. To jest właśnie idealny przykład złego wykorzystania kapitału ludzkiego. Tłum ekspedientek ledwo się mieści za ladą, ledwo im miejsca wystarcza, obijają się tyłkami o siebie, a robota stoi - człowiek sterczy i czeka jak debil. Nieważne. Patrzę na rodzinki kątem oka. Jedna trzyosobowa - ona, on i dziecię maluteńkie. Ona jak beczka, facet wkurwiony, a dziecko się drze. Ale tak się drze, że ludzie spod lodówki z mrożonkami patrzą. Mi  tymczasem jest szkoda dziewczyny. Powiedziałam potem mojemu narzeczonemu, że jeśli kiedyś będę w ciąży i nie będę mogła się opanować od jedzenia, to ma przede mną chować żarcie, albo ma na mnie wrzeszczeć, do wyboru. Cel uświęca środki. Powiedział, że z moimi odwiecznymi paranojami na temat wizji sadła, obżarstwo hormonalne na pewno mi nie grozi, i że prędzej będzie musiał pilnować, żebym nie zagłodziła siebie i "pasażera". Zignorowałam, kazałam przysięgnąć. Przysiągł. Dla świętego spokoju zapewne, ale dobre i to.  
Wracając - dziecko się drze i cieszy zarazem. No nie zrozumiesz. Facet opanowuje wkurw i robi głupie miny do potomka, a nuż atmosfera ewoluuje i się wszyscy pośmiejemy. Hehe. Młody złapał powietrza i z nową energią rozpoczął reczital, zagłuszając krajalnicę do wędlin. Desperacko szukam w torebce słuchawek, ale akurat dziś nie wzięłam, szlag by to. 



Jakoś przetrwaliśmy i ku uciesze  gawiedzi dziecko było już w bezpieczniej odległości, na parkingu, a po chwili w jeszcze bezpieczniejszej, w samochodzie. Ekspedientka zajęła się rodzinką numer dwa. On, na oko trzydzieści parę lat, no maksymalnie czterdzieści. Opalony, modnie ubrany, z grubym portfelem. Chłopczyk obok, kilkuletni, cichy, uśmiechnięty, sympatyczny. Takie dziecko to rozumiem, przynajmniej można zebrać myśli. Jest i kobieta, choć bardziej taka, hm, dziewczyna. Na oko lat siedemnaście, stoi z boku opierając się o filar. Chłopczyk odzywa się tylko do faceta, nie patrząc w jej stronę. Ha, czyli nie matka. Zresztą musiałaby go urodzić w podstawówce.  Zerkam kątem oka, nosz kurde, nudzę się to zerkam, kapitał ludzki ekspedientek nie raczył mnie jeszcze obsłużyć, pomimo że przypadała jedna na klienta, więc obserwuję. Obserwuję... i wyciągam wnioski. I oceniam gdzieś tam mimochodem w czeluściach mojej podświadomości, a może i świadomości. I pewnie zrozumiałabym ten układ, gdyby ona była piękna, bądź wyglądała na madrą, albo przynajmniej dobrą w łóżku (kolejność zalet dowolna). Tymczasem dziewka wyraz twarzy ma tępy, z wyglądu natomiast emanuje buntem, brakiem kobiecości i sfochowaną nieśmiałością.  Znikoma, aczkolwiek wyczuwalna uprzejmość krótkotrwałej znajomości z facetem, wykluczała ją z roli córki. Czyli ruchadełko. Szkoda chłopca... Dziwne stado, dziwna ona. Żeby się nawet nie uśmiechnąć do dziecka? Przecież nie wrzeszczy. Myślę sobie o różnych ludzkich pomotanych relacjach, o rodzinie przed chwilą, o pseudorodzinie teraz, i o mnie co stoję w tej kolejce sama, bo lubię robić zakupy sama. Nie ciągam ludzi po supermarketach, bo mnie spowalniają, kiedy jak petarda wrzucam do koszyka tylko to, co potrzebne. I nie mam ochoty czekać, aż matka, babcia, teściowa, szwagierka, przyjaciółka, narzeczony, sąsiadka czy ktokolwiek inny, wymaca wszystko co ich interesuje. Ja w tym czasie oblecę cały wielkopowierzchniowy hangar, zapłacę, machnę papierosa przed wejściem, wykonam telefon i zdążę się zniecierpliwić. Stoję więc sama, nikt mi nie wrzeszczy, nikt mi nie zaburza mojego przepływu energii i stwierdzam, że ludzie nie powinni robić zakupów spożywczych stadami, bo wyglądają jak sfochowany obraz nędzy i rozpaczy, albo jak układ - rozwodnik, syn i kochanica z liceum. 

A najlepsze są te babeczki w sobotnie przedpołudnia, które kupują na mięsnym za sto dwadzieścia złotych, tylko po to, żeby usmażyć kotleta w niedzielę. Zachowują się jakby szła wojna i albo to mrożą, albo tyle żrą, albo im się psuje. I kiedy ona wącha szóstą z kolei wędlinę,  ty z daleka widzisz, że jest zielona, a kiedy ona pyta czy to "wędzone", masz ochotę wrzasnąć "przecież widać, że bejcą pociągnięte". To wszystko przez te okulary, co kupują w Tesco, tudzież na bazarze,  "na oko", czyli bez uprzedniej wizyty u okulisty. Logika wtedy jest taka - "hm, ile ja mogę mieć tej wady, ze dwie diop-cośtam chyba, wezmę dwójki, bo to ani za dużo, ani za mało, tak w sam raz." Ciul, że nie ogarnęła, że są minusy i plusy, o astygmatyzmie i cylindrach nie wspomnę. I potem idzie taka na mięsny i jak ma katar i nos zatkany, to wcisną jej wszystko, bo nie widzi tej sieci nakłuć, którymi strzykawką wpłynęło całe dobro tej szyneczki i już nie jest starą, zieloną, obślizgłą masą, ale apetyczną wędzonką, szynkową, drobiową, wieprzową, luksusową, delikatesową, cacaną.  Ciul, kobita też mordkę maluje, żeby ładniej wyglądać, to czemu by szyneczce troszkę nie podrasować estetyki. 

Chyba w żadnym innym miejscu nie włącza mi się tak intensywny tryb obserwatora, jak w kolejce na mięsnym. Przypomina mi się jeden dzień z mojego życia, kiedy jako szalona, młoda dziewczyna, z wiatrem we włosach popędziłam na rowerze do spożywczaka przy wylotówce z miasta, gdzie szczęśliwie objęłam stanowisko ekspedientki na dziale mięsnym. Tydzień wcześniej rzuciłam pierwsze studia. Był maj. Najpierw facet, niby szef, powiedział, że pierwsze dwa tygodnie to okres próbny, niepłatny (nie wiem dlaczego z miejsca go nie wyśmiałam). Potem pokazał mi tasak. Dodałam do tego zapach tego ścierwa i skonfrontowałam moją przyszłość w tym miejscu z przyszłością, którą mogłabym mieć gdybym wróciła na uczelnię. No kurwa, jakby nie porównywał i jakby nie trafiony był kierunek, to wszystko o głowę przebijało krojenie żeberek i aromat surowego mięsa we włosach. 

Kolejnego dnia popijając kawę w pieleszach mojej wersalki, kątem oka obserwowałam jak telefon dzwoni po raz czwarty, a ja upijam kolejny łyk i upajam się podjętą decyzją. Nigdy więcej z mięsnym nie chciałam mieć nic wspólnego i tak mi zostało do dziś. Stoję więc po drugiej stronie lady, nudząc się jak mops i obserwując zachowania stadne. Czasami nachodzi mnie myśl, że te ogromne kolejki za czasów komuny, które wspomina starsze pokolenie, były rajem dla przeciętnego aspołecznego obserwatora. Co tam się musiało dziać godzinami... 





Komentarze

  1. Ha... Miliard komentarzy mi się ciśnie!
    Ale fakt, zgadzam się z Tobą. Za PRLu stało się (koczowało) godzinami lub przez całą noc mógł się człowiek naoglądać, choć to raczej szare było, zmęczone i zdruzgotane. Kochanek nikt na mięsny nie zabierał...

    Te babcie... takie same myśli mam...

    Pociążowa otyłość kobiet, to kwestia nader szeroka, ale prawda jest taka że najczęściej winna jest niechlujność ich samych! Po prostu im już się nie chce być szczupłymi. Są jak ich matki, ciotki, starsze siostry... Podobnie zresztą z facetami. Pojawia się żona,dziecko... wanc... Połowa moich kolegów tak ma.
    A Grzegorz to mądry facet, osoby takie jak Ty raczej nie mają problemów z "rozbędzieniem się" (zdaje się tak to było nazwane w Konopielce).

    Ps. Kiedy ciąg dalszy śródziemnomorskiego czarnego kryminału?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kochanek nikt na mięsny nie zabierał..." :D A szkoda :D

      Tak, w dużej części myślę, że to niechlujność i wyeliminowanie siebie jako kobiety i zostanie już tylko matką. Mam nadzieję, że mi takie "podejście" nie grozi. Tak czy siak, pozbywam się obaw i refleksji, wyrzucając myśli - jak wyżej.

      Co do kryminału, zacięłam się :( Ściana, beton, pustka. Usiądę do niego na dniach, może uda się odblokować...

      Dziękuję za wizytę i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Bardziej "matką" niż matką. Po prostu barłóg, wyżera i telewizor... Dbają o to by, mąż tak samo się zapuścił, co prawda taki już nie cieszy, ale za to żadnej innej babie w oko nie wpadnie...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…