Przejdź do głównej zawartości

Opowieść o księżniczce i worku

Pusty pliczku - pamiętniczku, rzekłabym. Ta... świat jest pełen inspiracji, a wyobraźnia powinna być głównym motorem napędowym w jakże przyjemnym procesie tworzenia, a konkretnie - pisania, czegokolwiek. Cóż, u mnie to nie do końca tak działa. Całe życie wszystko na odwrót. Natchnienie me płynie bowiem z każdego najbardziej błahego i przyziemnego dupsa codzienności (dups* w wolnym tłumaczeniu - sytuacja, zdarzenie, rozmowa, przedmiot, osoba, czyli zbiór liczb rzeczywistych otaczającego świata). Voila. Taki worek na przykład. Niezwykła historia worka dojrzała, by za dotknięciem czarodziejskiej klawiatury, zamienić się w opowieść. Otóż - dawno, dawno temu…


...czyli gdzieś w kwietniu, za górami, za lasami, czyli na moim osiedlu, żyła sobie księżniczka, czyli ja. Hehehe. Idźmy dalej tym tropem. Księżniczka wyszła na swoją wieżę, czyli balkon (na parterze w dodatku), by wypatrywać księcia z bajki, czyli zapalić papierosa. Jej oczom ukazał się młodzieniec, ba, dwóch młodzieńców! Uradowana spojrzała więc w ich stronę, ale na horyzoncie dostrzegła inną dziewicę (ekhm). Sąsiadkę z góry, która z kijem od mopa maszerowała przez trawnik, wprost pod balkon drugiej sąsiadki (mieszkającej obok księżniczki), aby pośród czeluści jej prania, wydobyć swoją, zaginioną skarpetę. To okrycie stopy, spadło niesione siłą grawitacji, by utknąć w sieci cudzego prania. Czar prysł, bo scena okazała się bardziej interesująca niż pryszczaci młodzieńcy - magazynierzy w firmowych bluzach supermarketu, którzy puszczali do siebie wózki wypełnione pustymi kartonami i workami. Księżniczka jednym okiem łypiąc na szermierkę sąsiadki z mopem, pośród stringów i staników, niczym walkę Don Kichota z wiatrakami - drugim rejestrowała relaksujących się zabawą młodzieńców. Wózek, od magazynu do wiaty, mknął pomiędzy dostawczakiem, audi i rzędem tuj, z każdym metrem nabierając prędkości, by po kilku sekundach wylądować w objęciach drugiego chłopca. I kolejny wózek, sru! Tym razem kartony po Prince Polo. I dawaj, trzeci wózek, same worki, zwinięte w kłęby, rulony, niesymetryczne, chaotyczne, artystyczne, foliowe instalacje. Czwarty wózek nie wytrzymał napięcia, wpędzony w szaleńczy ruch, doznał zderzenia z wózkiem numer trzy, który wypadł z toru i odbił się od drzwi wiaty, nim magazynier zdążył wypakować wózek numer dwa. Worki i kartony po wafelkach rozsypane po parkingu, a następnie porwane przez wiosenny wiatr, walały się pod moim blokiem przez dobre trzy dni. Poirytowana nieładem, nieestetycznie kontrastującym z wystrzyżonym trawnikiem, doszłam do daleko idących wniosków, aby nigdy nie parkować z tej strony sklepu, gdzie przestrzeń pomiędzy drzwiami magazynu, a wiatą, jak się okazuje, nie jest najbezpieczniejszym miejscem.

Kilka dni później księżniczka poczuła smród spalenizny, wydobywający się z okolicy sprzęgła. Książę czym prędzej zajrzał pod maskę karocy, nie dostrzegłszy jednak źródła owego smrodu. Zapach z każdym kilometrem przybierał na sile. Dziewka zatroskała się fest.
- Cóż tak capi, mój miły? - zapytała, trzepocząc zalotnie rzęsami - capi i capi, i capi, i capi.
- Płoniemy, zapewne. - Odpowiedział luby. - Jęzory ognia omiatają naszego rumaka od wewnątrz, niczym mechaniczny zgago-kaco-potwór. Zguba nam!
- Ty słuchaj, będziemy później trochę... - dobiegł ich głos towarzysza podróży rozmawiającego przez urządzenie telekomunikacyjne - koledze się chyba kable jarają.
Księżniczka spojrzała na księcia unosząc brwi w dezaprobacie zaistniałej sytuacji, po czym wydobyła z sakiewki mentolowy dar natury. Odpalając ostentacyjnie, oddała się chwili relaksu.
- Odejdę nieopodal, by bardziej ognia nie wzniecać  - rzekła  i odchodząc zauważyła coś wystającego pod karocą, coś takiego, jakby, przezroczystego. - No, kurwa, nie wierzę.
Nastrój wokół ewoluował, a książę pieprznął się na chodnik i zanurkował pod samochodem. Stopiony worek z nalepką “paprykarz szczeciński” (zapewne opakowanie zbiorcze, zapewne spod supermarketu, zapewne efekt wygłupów młodzieńców, biada wam!) przez dobry kwadrans nie chciał się odkleić z rury wydechowej białego rumaka, a śmierdział jeszcze przez tydzień.

Księżniczka zmrużyła oczy oddychając ciężko. 



Komentarze

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…