Przejdź do głównej zawartości

O truskawkach, notatniku i kocie miesiączkowym

Palec wiszący nad klawiaturą dłużej niż sto dwadzieścia sekund plus pusty plik tekstowy, to zdecydowanie zły znak. Życie na wysypisku śmieci własnych, nic nie znaczących myśli i nic nie wnoszących słów. Błahostki dnia codziennego. Żadnej głębszej reflekcji. Żadnych przełomowych czynów. Mdło i przezroczyście. Mała rzecz - znaleziony, pożółknięty notatnik, format A4, ilość kartek - osiemdziesiąt (zostało na oko czterdzieści), wyblakła kratka, zapisanych słów - zero, cena detaliczna - 620 zł, czyli stary. Zasuszony komar w środku. Pomijając owada, przedmiot szalenie inspirujący. Chodzę z nim od rana. Został moim przyjacielem na dzisiejszy dzień.

Jako niezorganizowana kobieta, każdego roku, opóźniona, budzę się z letargu, gdy sezon truskawkowy chyli się ku schyłkowi i muszę zadowolić się resztkami z nadzieją, że kolejnego roku nie przeoczę dziesiątek straganów z koszykami pełnymi czerwonych witaminek i w końcu porządnie skorzystam. Czary mary! Jako zorganizowana kobieta, w tym roku, wyciskam z sezonu truskawkowego wszystkie soki, a moja kuchnia stała się owocem i witaminką płynąca. Sramy już tylko truskawkami. Umiejętność osiągania kompromisu - zerowa. Poziom zorganizowania - wyższy. Zadowolenie z zaistniałego progresu - trudne do zdefiniowania. 


Aplikacja miesiączkowa z kotem to porażka. Przyjaciółki to spoczi gatunek. Wirtualny kot plus przyjaciółka to kłopoty. I tu cień logiki się kończy. Najpierw delikwentka namawia cię na "super aplikację", którą instalujesz, tylko po to, żeby zamknąć temat, po czym razem z przyjaciółką toniesz na przemian w podpaskach i testach ciążowych, bo kot okazał się wszystko źle przeliczać. A na dodatek nad głową wisi mu skarpeta św. Mikołaja, jak na czerwiec w aplikacji opartej na kalendarzu przystało.

Chcę tchnąć życie w notatnik. Byłby idealny do zapisywania truskawkowych przepisów. Choć ten zaschnięty owad jest jakiś mało apetyczny. Ciekawe ile lat żyją bakterie? Odkryłam, że kota można zmienić na królika lub psa. Wybieram psa. Skarpeta zniknęła. Hura. Aplikacja pyta jaki mam nastrój, temperaturę ciała i czy był stosunek. Środkowy palec kontra mój smartfon. Nie mam nastroju na zastanawianie się nad tym, w jakim jestem nastroju. Nienawidzę wietrznej pogody, wszystko mnie wtedy irytuje. Pożyczyłam blender od teściowej. Truskawki, strzeżcie się!

Hm... Podkusiło mnie i kliknęłam "wybierz nastrój". Oszzz kurde. Do wyboru (pomóżcie!): wyczerpana, marudna, posępna, sfrustrowana, w depresji, jak anioł, asertywna, chora, domatorka (to nastrój?), domowa (ikonka przy tym nastroju ma lekki zarost na twarzy, idealna w aplikacji dla pań), dumna, dynamiczna, dziwnie (dziwna, jak już) głupia (serio), kokieteryjna, napalona, neutralna, niecierpliwa, w stresie, w szoku, w porządku, tajemnicza, spanikowana, spięta, i tak dalej. Fanfary. Teraz jestem w szoku. Zdecydowanie. Ale to dopiero nastrój, a jeszcze objawy! Każdy z objawów można zaznaczyć gwiazdkami, od jednej do czterech max. Dezorientacja (taa, poziom dezorientacji silnie powiązany z używaniem aplikacji), bóle głowy, karku, miednicy, pleców, dołu pleców (cóż za szczegółowość), skurcze, dreszcze, swędzenie, wysypka (zwymiotuję), twardość szyjki (i ludzie to sobie sprawdzają?), niestrawność, wzdęcia, zaparcia i chuj wie co. Cieląca się krowa jest bardziej elegancka niż ta aplikacja. Weszłam w "stosunek", zastałam standard - do wyboru opcja bezpieczny (uśmiechnięta prezerwatywa) lub bez zabezpieczenia (przerażona prezerwatywa). Przewijam w dół, a tam jest napisane, że dziś prawdopodobieństwo orgazmu wynosi zero procent. No wkurwiłam się.

Podsumowując. Truskawki już po 6 zł, czas zacząć mrozić. Notatnik zaczyna mnie irytować taki pusty i z tym komarem. Nadal nie wiem czy wypieprzyć aplikację z kotem, tfu! Z psem. W sumie nie chcę mi się tego liczyć, a ona pokazuje "te" dni w najbliższych miesiącach (granica błędu na oko kilka dni). A niech już będzie, ale wpisywanie opcji dodatkowych sobie daruję. Babcia dzwoniła, że dorwała truskawki za piątaka... Skubana!




Komentarze

  1. Truskawki mamy od Babci. A aplikacja jakaś ekschibicjonistyczna, wywalił bym w diabły.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…