Przejdź do głównej zawartości

Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikami kelnerem. I kamera stop.



Czas na fotę talerza! Cóż jest ważniejsze od chwil niezapomnianych, romantycznych, intymnych, magicznych. Nic. Nic poza pochwaleniem się znajomkom, że eee... że my to po pierwsze za sobą szalejemy, a po drugie spędzamy Walentynki tak, jak Pan Bóg przykazał. Żadne tam wylegiwanie się pod kocem przed tandetną komedią, z miską chipsów, tanim winem i cyklicznym, spontanicznym seksem w pościeli pełnej okruchów. To nie nadawałoby się pod publikę. Ale publiczność byłaby,  gdyby był pies, którego uruchamia jednostajny ruch i z ciekawością przekręcałby głowę, raz w prawo, raz w lewo, dysząc i śliniąc na okruszki. Błotko jest spoczi. Być może coś by z tego wycisnął, selfie z papierosem "tuż po", tak zupełnie pro publico bono. Jednak entourage nie sprzyjający promocji. 

I wracając, para w restauracyjce wcale nie chce pokazać miłości, nie ma tak fajnie. Sęk w tym, że dopchali się do najbardziej trendy knajpy w okolicy i wpieprzają mega modne sushi. Heloł... Świetnie, ogarniemy social media i możesz nakurwiać z tym pierścionkiem. Stop. Czekaj, dubel, selfie kiedy klęczysz, a ja wzruszona mówię "o tak, zostanę Twoją żoną". I w końcu mogę dodać się do grupy wredna żona, żona zołza, żona coś tam i innych wirtualnych miejsc, dzięki którym potrzebę przynależności mamy odhaczoną. O codziennej dawce memów nie wspomnę. Walentynkowy fejs nabrzmiał od klimatycznych zdjęć świec, bobasków wystrojonych w walentynkowe kokardy, na ręce dynda Apart, na cyckach podskakuje Swarovski, grubo. Wirtualny świat detali. Kieliszek. Selfie. Kokarda. Talerz. Cięcie! Przeskok na parę trzepiącą prześcieradło z okruszków. Skończyła się komedia. I chipsy, i wino. Zawalili sprawę, świat nie zobaczył, jak świętują. Co tu zrobić... Za miesiąc Dzień Kobiet, będzie okazja. 

A z drugiej strony, gdyby w latach osiemdziesiątych ludzie mieli Internet zawsze przy sobie, ósmego marca Insta tonąłby w zdjęciach goździków i rajstop, najpopularniejszych upominków na tę okazję w świecie sprzed trzydziestu lat. Takie miejsca w sieci mogą służyć za swego radzaju pamiątkę, no chyba, że portal kiedyś padnie, a my nie zapisaliśmy sobie ani pół zdjęcia. A moja babcia nie miała smartfona i pamięta wszystko...



Komentarze

  1. W samo serce sedna;)
    Żyjemy na świecie mediów, nie ma Cię w mediach nie istniejesz, TV cię nie pokaże, musisz to zrobić własnoręcznie! Snobizm, jasne, niech patrzą, niech widzą, niech komentują, niech podziwiają... Potrzebujemy wszak podziwu!
    Czy musi być szajsbook?! Nie nie musi, pamiętam te zaprosimy do znajomych jak wracali znad Balatonu, te sterty tandetnych przeźroczy pokazujących ciekaw na plażach, albo "film" z pobytu kuzyna w Alpach. Godzina bezsensownego fun na basenie, ani jednego szlaku, szczytu, czegokolwiek alpejskiego... "Patrzcie, patrzcie, jak młodzi fajnie się bawią" woła ciotka... Bez sensu tłuc dupę tyle kilosów, żeby potem moczyć ją w basenie, do jakiego jadę na rowerze 20 minut - komentuję... Obraza...
    Nie trzeba internetu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak we wszystkim, przydałby się pewnie umiar i kompromis. Sama owszem, mam facebook, mam instagram i naprawdę sporą część życia spędzam w sieci, ale czasami już tym wszystkim rzygam, no po prostu rzygam. Te posty ludzi z każdą pierdołą, te służące tylko i wyłącznie pochwaleniu się czymś, i te matki pokazujące np. swoje nagie dzieci w kąpieli, no kurde brawo... :/ A w Walentynki to już w ogóle abstrakcja, zresztą, jak w tekście wyżej. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Świetnie ujęte i dokładnie to, co sama myślę! Żyjemy w czasach, gdzie gonimy za wszystkim i dokumentujemy wszystko na pejsbuku - wszystko po to, aby pokazać, jacy to jesteśmy zarąbiści, a tymczasem w domu szlochamy w poduchę, bo tacy jesteśmy nieszczęśliwi i niezauważani przez nikogo, ale w social media tego nie widać (żyjemy w końcu dla lajków, co nie?). Rozpierdalają mnie walentynki i inne święta - jak, kurna, dzień kota, to wszędzie nasrane kotami; jak sezon grillowy - wszędzie jePane kiełbasy. Naprawdę, ludzie się pogubili - publikują tyle szajsu, afiszują się wszystkim i przez to myślą, że są fajni. Nie, nie są. Fajni ludzie to tacy, którzy potrafią funkcjonować poza social media. Fajni ludzie to tacy, którzy widzą przy stole drugiego człowieka, a nie okazję do sfotografowania filiżankę kawy. Fajni ludzie to tacy, którzy skupiają się na drugiej osobie, a nie wyłącznie na sobie i kreowaniu siebie. Nie wspominając, że większość tych zdjęć, postów to po prostu zwykłe durnoty (po co mi wiedzieć, że Karyna przebiegła dziś 3 kilometry?!).

    Już większość spraw w social media kwituję wzruszeniem ramion, bo zwyczajnie inaczej się nie da. Sama rzygam na wiele postów, również z mojej branży, bo są powielane i nic nie warte. Szkoda, że jednak są jeszcze jełopy, które te trendy nadmuchują i też tępole, które się tym podniecają. Ciekawe, kiedy wszystkim w końcu się to przeje, jako i mi się przejadło. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tratne ale... problemem nie jest pejsbuk, NK czy blogi (niekiedy ekshibicjonistyczne do bólu zębów), to narzędzia. Jak pokazuję kumplom z pracy, trasy które zrobiłem, zdjęcia i gadżety z rajdów, to jest OK tak samo na FB czy Bloggerze!
      Jak mi znajomy podsyła switfocia z kawiarni to też jest to OK bo znam jego jego żonę, jego dzieci i mawet jego psa! Tak jak on zna moje. Autentycznie mnie to ciekawi.

      Problem leży w tym ż mamy pierdyliard znajomych, z niektórymi nie utrzymujemy kontaktu od dziesięcioleci, gówno nas interesuje co oni robią i mamy świadomość że ich tak samo obchodzimy my, ale z kurtuazji klikniemy na łapkę i odpierdzielamy daninę na rzecz "społecznych więzi".

      W kwestii kobiet,walentynek i dnia kobiet itp. będzie przd 8 marca post u mnie na blogu.

      pozdro
      Maciej

      Usuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.