Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2017

Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…

A wiesz... Pstryk

A wiesz, kiedyś rzucę
to wszystko, pstryk
Zachłysnę się śmiechem
energicznym, diabolicznym
szyderczo - spokojnym
panicznie - histerycznym
Pstryk...

Bajeczna, nic nie warta, poetyczna proza. I maść.

Maścią się nasmaruję. Cała, calutka, wewnątrz, na zewnątrz i meble pociągnę. A co, maść dobra na wszystko. I bajkę obejrzę, stworzę, odtworzę. Profilaktyka, prewencja, ignorancja, gaszenie pożarów, eksplozja. Tykam. Tik tak. Kulfon i Monika. Gąska Balbinka. Każda chce być brzydkim kaczątkiem. Tylko tym, w drugiej części bajki. Bądź! Kopciuszek ewoluował, w Królową Śniegu. Maja miała Gucia. Fajny był, guciowaty. Calineczka miała liście. Wszystko legalnie. Różne wiadomości. Karambol. Karaaamba.

Sinusoida

Zaschła mi krew na palcu
Zupełnie przypadkowe odkrycie
Zakrwawiony cały, cholera skąd?
Nie pamiętam, żebym się zraniła...
Może samo pękło?
A może to nie krew?


Polizałam, to jednak krew
Minestrone z moich krwinek
Wszystko ze mnie wypływa co chwilę
Jak z bohaterów - krew, pot i łzy
Z tą różnicą, że u mnie jakoś tak
Bez wyższego celu

Cztery żywioły, czyli spontaniczny koniec świata

Stoję w moim pokoju w rodzinnym domu, na drugim piętrze, mam może piętnaście lat. Przyglądam się burzy szalejącej w południowo-zachodniej część nieba. Stoję na  wprost drzwi balkonowych jak zabetonowana, nie mogę niczym ruszyć, ani ręką, ani nogą, ani głową, niczym. A tam na horyzoncie zamiast ciemnej, ciężkiej od wody chmury, oświetlanej pajęczyną błyskawic, zauważam ścianę ognia, zbliżającą się wprost na mnie, pochłaniając i paląc wszystko na swojej drodze. O Chryste... W myślach desperacko szukam drogi ucieczki. Mogłabym zbiec po schodach i schować się w piwnicy. Zrobiłabym to, gdybym tylko... mogła się ruszyć. Skąd ten ogień?! Cholera! Skąd ta piekielna, płonąca ściana?!
Może to koniec świata?
O Boże. Chcę tylko móc się poruszyć...
Wszędzie czuję to ciepło, jest coraz bliżej. Zostało już tylko kilkadziesiąt sekund. Łup, łup. Moje serce zaczyna bić szybciej i mocniej. Ten ogień spali mi skórę, włosy, paznokcie, płuca, oczy - wszystko! Tak właśnie umrę? Zaciągając się ognistym powi…

Ona

Komercyjny chłam uderzający strzępkami w odkryte tereny mojej podświadomości
Przekaz podprogowy czyniący mnie konsumentem
Codzienne czynności umilone odmóżdżającym tłem gadającego przedmiotu
A niby tak uciekam od nadmiaru chaosu...
Hipokrytka

I jeden znajomy ton głosu, rockowe dźwięki, czarno-białe kadry
Ona... odwieczna inspiracja
Zadziorna jak kiedyś
Nigdy nie byłam chłopczycą, ale gdzieś się zahaczamy
Wspólny mianownik tańczy w jej słowach i w moich myślach
Bunt życia, męskie spojrzenie w kobiecych oczach, krzyk duszy


Po co te podwójne ronda, czyli luźna refleksja na temat kobiecej logiki

Wsiadamy do samochodu. Za kierownicą ja. Mam do przejechania 3 km. Żal mi, że nie 300. Mogłabym tak wsiąść i jechać, i jechać, i jechać... W siną dal. Od zawsze czułam gdzieś tam głęboko w podświadomości, że będę to lubić. Nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo. Nie sądziłam, że będzie to tak ogromna miłość... 

Pętla

Napisane pewnego jesiennego, niedzielnego popołudnia...

Widziałam dziś dźwięki i słyszałam kolory. Odgłosy drżały, zaginały przestrzeń, pojawiały się i znikały, opadały z impetem, takim samym z jakim opadają liście. Żadnym. Balansowałam pomiędzy euforią a rozpaczą. Zobaczyłam kwiaty w kolorze pastelowego różu i koszyczek na ławce obok, także różowy. Co jest z tym różem dzisiaj? Miałam różową bluzkę i różowe buty w reklamówce. Tak, w reklamówce. Nieważne, zbędne wyjaśnienia. I ciepła barwa jesieni, wszędzie. Ta jesień jest jeszcze młoda. Czy jesień może być młoda? Ona z automatu kojarzy się ze starością. Poczułam się dziś bardzo staro i bardzo młodo zarazem. Czy wiek jest ważny? Czy cokolwiek jest ważne? Odległość? Czas? Przestrzeń? Co jest z tymi kolorami? Czemu świeci słońce zawsze kiedy spadam na samo dno, kiedy rozbijam się z impetem liści. Żadnym. Czy to słońce chce mnie pocieszyć tym, że... jest? Czy dobić tym kontrastem pomiędzy moim nastrojem a radosnym żarem bijącym z nieba? …