Przejdź do głównej zawartości

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w połowie brudne, w połowie czyste lub trudne do zdefiniowania pod względem czystości. I tu pojawia się pytanie - skoro i tak są pomieszane, dlaczego nie leżą na jednym krześle? Na tych dwóch pozostałych, ktoś mógłby na przykład usiąść...


Okazało się, że w tym szaleństwie jest logika! Mało tego, jest to logika złożona i zaawansowana. Na jednym krześle leżą rzeczy, które ledwo wyściubiły nos z szafy, były założone, być może na bardzo krótką chwilę, czy coś i praktycznie w ogóle nie są brudne, ale nie są też idealnie czyste, prosto spod żelazka, żeby mogły być w szafie. Okej... Drugie krzesło, to rzeczy takie pół na pół, w sumie już były założone, ale na upartego, jeszcze by ubrał. Numer trzy, czyli krzesło z najcięższym działem, ciuchy, które zostały założone w ostatnich dniach do zadań specjalnych, typu wyprawa do lasu, grzebanie w samochodzie i tym podobne. Upieprzone mocno, ale "jeszcze nie pierz, w sobotę jadę tu i tu i tu i ubrudzą się tak czy siak, szkoda Twojej roboty". Zwracam honor.

W tym momencie mój system - wyciągam czyste, zakładam, wrzucam do kosza -  jest tak płaski, płytki i prosty, że aż mi głupio. Kajam się. A podobno to kobiety zawsze utrudniają sprawy, komplikują codzienność i mają zawiłe myślenie. A jednocześnie dobra strategia to podstawa, tacy mężczyźni zapewne wygrywali największe w historii bitwy. Podsumowałam sprawę pełnym zdumienia głosem podziwu nad tą imponującą konstrukcją, złożoną z ubrań o różnorodnym stopniu pobrudzenia, z lekkim (naprawdę lekkim) sarkastycznym akcentem. Akcent został wychwycony, usłyszałam w odwecie, że jestem jak małpka kapucynka - mała, słodka, ale wredna. Super, zwierzątka są spoczi.


Komentarze

  1. Dokładne tak!!!!! Ja mam jeszcze czwartą kupkę ubrań, których już nawet nie opłaca się prać, czekają aż się ociepli, dotnę w nich drewno, poskręcam rower, wymyję z soli zawieszenie samochodu, a potem wyczyszczę kanał w garażu zdejmę je z siebie i wylądują w koszu. To proste i logiczne że nie ma sensu ich teraz prać.

    A swoją drogą pewnie dlatego tak mało kobiet interesuje się mechaniką kwantową iż trudno im pojąć że kot może być i żywy i martwy jednocześnie a ubranie i czyste i nieczyste...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmawiałam z kilkoma kumplami na ten temat i wiesz co, muszę to powiedzieć, wszyscy pod tym względem jesteście tacy sami, identyczni :D To wręcz przerażające :p

      Usuń
    2. w sumie... ;)
      Ciesz się że nie znasz wszystkiego ;D

      Usuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…