Przejdź do głównej zawartości

Omnomnomnom

Kuchnia niewątpliwie stwarza dla mnie zagrożenie, a ja plus kuchnia stwarzamy zagrożenie dla otoczenia. A wszystko zaczęło się przed pewną Wielkanocą...


Wielkanoc kocham miłością odwzajemnioną. Te święta są po pierwsze mniej rodzinne, a rodzinność bywa męcząca, przytłaczająca, bądź dobijająca (w przypadku jej braku), czyli tak źle, tak niedobrze. Zresztą mniejsza z tym, Wielkanoc jest fantastyczna, bo po pierwsze jest nareszcie wiosna, a ja jestem zdecydowanie wiosenno – letnim typem (obecnie miotam się w stanie pomiędzy letargiem a hibernacją, o ile te słowa nie oznaczają jednego i tego samego). Wracając, przychodzi wiosna, wszystko budzi się do życia, straganiki przepełnione są tymi najsłodszymi ozdóbkami na świecie - kurczaczki, zajączki, jajeczka, baranki i inne cudeńka. Przez otwarte (wreszcie) okna wpadają zapachy budzącej się do życia natury pomieszane z wonią świeżo wypranej firanki, a moje podekscytowanie rośnie na samą myśl, że już niebawem znów poczuję najbardziej odurzający zapach na świecie - zapach skoszonej trawy.  Ahh... w ogóle jest cudownie. Ten koszyczek, z którego zawsze ucieka serwetka, te babki przepyszne, co to zawsze wyrastają mi o dziwo gigantyczne, ten barszcz ostry z kiełbachą. Dobra, nie o świętach miało być.


W każdym razie, mała ja, chodząca do podstawówki, postanowiłam pomóc mamie upiec ciasto na Wielkanoc właśnie. I teraz scena następująca - ja w kuchni świrująca mikserem, a za oknem, na podwórku, mama i ciotka plotkujące w nieskończoność. I ubijam te jaja, ubijam, pot na czole, napięcie na kablu, jaja puchną w misce, wszystko idzie jak po maśle, aż tu nagle coś mnie zaczyna irytować. Tak, już wtedy potrafiłam się całkiem nieźle irytować. Otóż, miska miała mocowanie na mikser, stanowiła z nim całość, w związku z czym nie trzeba było go trzymać w ręce. Micha się obraca, mikser napier... miksuje. I te jaja po tych kręcących się piórach miksera wychodzą w górę z mojej michy, ciapiąc mikser. Doprawdy irytujące. Łyżka w dłoń i sruuu, chciałam zgarnąć to ciasto z powrotem do miski, żeby było ładnie i elegancko, ale! Ale nie zatrzymałam miksera, co by nie tracić czasu. I kolejne ułamki sekund wyglądały tak, że kręcące się pióra miksera wciągnęły (między, tak jakby, siebie) najpierw łyżkę, a potem (ułamki sekund) moją rękę aż do łokcia! Tak, to możliwe. W lekkim szoku próbowałam zawołać mamę, ale niestety okna szczelne, radio grało i tak dalej. One sobie tam beztrosko rozmawiały, a ja usiłowałam zrobić coś z ręką wciągniętą w mikser, bo on wcale się nie zatrzymał, a wręcz się zaciął i za cholerę nie chciał wyłączyć. Mała ja, sprytnie, pociągnęłam za kabel, który wyszedł ze ściany razem z gniazdkiem. Cholerstwo przestało urabiać jaja i moją rękę, a potem równoległe siniaki, co półtora centymetra, po obu stronach ręki, wyglądały doprawdy imponująco.


I tak to się zaczęło. Potem było ciasto miodowe, robione z kuzynkami i moja babcia, mieszkająca obok,  wołająca nas przez okno na obiad i kurek gazu przekręcony w nie tą stronę co trzeba. Nauczyłam się jednego – spalony na węgiel miód cholernie ciężko wywietrzyć z chałupy. Grunt, że nie wybuchło. 


Nie pamiętam wszystkich kulinarnych przygód, ale tak pobieżnie z ostatniego roku. Kompot. Super sprawa, nagotujesz gar i nie trzeba się bujać z tymi słodkimi, niezdrowymi napojami, herbatami i tak dalej, zwłaszcza jak upał, a woda mineralna już się uszami wylewa od nadmiaru. No to owoce siup, gar do zlewu siup, woda z kranu siup, na kuchenkę siup, cukier siup, odpalam siup i gotujemy. La la la la la la. 

Hm... śmierdzi coś. Hm... cholernie śmierdzi. Takim jakby plastikiem czy czymś. Hm... czuć w pokoju, może warto zerknąć na ten kompot. Wchodzę do kuchni, a tam żywy ogień na pół metra do góry. Tak jakby wokół garnka, podkręcony włączonym wywietrznikiem/wiatrakiem/czy jak to się nazywa, w okapie. A ja stoję i krzyczę na całą chałupę, że "Poooożżżaaar!". No bo co mam zrobić? Faceta się ma, facet niech gasi. W życiu nie widziałam takiego ognia w niczyjej kuchni. Koniec końców okazało się, że w zlewie, to takie plastikowe gówno wsadzone w odpływ, żeby to niby pierścionki nie powypadały czy coś, przykleiło się do tego garnka, jak nalewałam wody. Ha! Z takiego małego duperelka, taki ogień, czad!


Jakiś miesiąc później, sobota to była, pamiętam, miałam takiego gigantycznego kotleta. Jak go utłukłam był gigantyczny razy dwa. No to jazda, wyciągnęłam największą patelnię jaką mam, zajęła pół kuchenki, ale cóż, przynajmniej się kotlet zmieścił. Olej, gaz na ful, jedziemy! Zmywam naczynia i coś mi zaczyna śmierdzieć. Do dna żadne plastikowe gówno się nie przykleiło, bo sprawdzam już wszystkie dna zanim połączę je z płomieniem. Tak na wszelki wypadek. Śmierdziało pomimo to. Hm... nie przewidziałam, że ogromna patelnia i zbyt duży ogień na największym palniku spowodują, że ten płomień tak jakby otuli cały spód patelni, wychodząc na boki i zahaczając o plastikowe wykończenie blatu szafki obok. A takie cudne szafki z takim pięknym, białym wykończeniem były. Teraz też są, eee... cudne, tylko z czarno - białym wykończeniem. Próbowałam zeskrobać nożem tą zwęgloną materię, ale nie chciała współpracować. Trudno, teraz jest black&white w modzie, design minimalistyczny, czyli jak znalazł. 


A niedawno dostałam ogromną michę winogron od wujka z ogródka. Super. Coś się z nimi zrobi. Tylko, że akurat byłam rozłożona z obiadem, ziemniory, mięcho i inne żarło, to jakieś zakupy nierozpakowane, bo wiecznie w biegu, tu coś tam, tam coś tam, a ja mam serio małą kuchnię. Wypłukałam te winogrona, bo to wiadomo, tasiemiec nie śpi, położyłam na durszlaku (u nas się mówi druszlak, tak na marginesie), żeby obciekły, a durszlak na takim głębokim talerzu – misce (pierwsze co wpadło mi w ręce), żeby ta woda, wiadomo, nie lała się po wszystkim. I nie miałam gdzie tego położyć, więc położyłam na górze, na szafce, na chwilę. Skończyłam obiad i już miałam zmywać, ale myślę sobie – a ściągnę to winogrono, kto to widział owoce trzymać tak wysoko, pod sufitem. No... tylko... zapomniałam, że tam jeszcze ta miska jest i ciągnąc za durszlak  pociągnęłam miskę, a ta z kolei, spadła na blat szafki, zahaczając o talerz stojący obok, który podskoczył wprawiony w ruch obrotowy, wykonał dwa salta i wpadł w kubek z moją kawą, który turlając się zsunął szklankę po kompocie. Straty: miska, talerz z zastawy od teściowej (nie dokupi, sprawdzałam), kubek i szklanka (cudna, w czerwone kwiatuszki, od kompletu). Poza tym szkło i porcelana rozsypały się milionem drobinek i większych kawałków po kuchni i połowie pokoju (mam wąską kuchnię z wejściem do pokoju tuż obok miejsca zdarzenia), po wszystkich rzeczach jakie tam były - koszyk z owocami, miski z psim żarciem, cukierniczka z cukrem, zlew pełen naczyń do mycia, no po wszyyyystkim. Półtorej godziny później, po dokładnym posprzątaniu i zaopatrzeniu krwawiącego palucha, mogłam swobodnie cieszyć się pysznym winogronem. Taa...




Komentarze

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…