Przejdź do głównej zawartości

Elektronicznie

Elektroniczny dym z elektronicznego peta przysłania mi elektroniczny ekran elektronicznego laptopa, w połowie którego odbija się obraz akcji jakiegoś sensacyjno - komediowego, głośnego filmu w moim, tak, tak, elektronicznym telewizorze. W moim wielkim, elektronicznym telewizorze, który nadaje rytm życia tego pomieszczenia. I milionów pomieszczeń w milionach domów. Elektroniczny telefon, to dopiero jest złodziejska menda. Okrada mnie z czasu jak nikt inny. Załóżmy, że to małe prostokątne gówno jest winowajcą, nie ja sama, do tego się nie przyznam. Przyglądam się moim dłoniom, spierzchnięte jakieś, nijakie, krem został gdzieś w pracy. Przyglądam im się uważnie, chyba jeszcze nie są... elektroniczne?


Kiedy łapiesz się na tym, że sącząc kawę z przyjaciółką, po raz kolejny odpisujesz na wiadomość od swojego faceta, a kiedy siedzisz obok niego, rozprasza cię wirtualna rozmowa z nią, zaczynasz się zastanawiać, czy nie żyjesz już bardziej... wirtualnie. Masz elektroniczny mózg. Spiesząc się rano plączesz się w sieciach ładowarek i słuchawek i w zasadzie nie pamiętasz kiedy ostatnio odwiedziłaś tą miłą panią z galerii sztuki, z którą zawsze miło było porozmawiać o tym, co autor miał na myśli, bo... bo obrazki też oglądasz już głównie przez świecącą szybkę.


A na połoninach bieszczadzkich jest najpiękniej. Kiedyś widziałam nawet rysia. Taki przerośnięty kot ze spiczastymi uszami. Lekka adrenalina czy gdzieś za krzakami nie czai się niedźwiadek i czy na samym szczycie nie zastanie cię burza. I przepiękne widoki. I pogoń za busem, bo po zejściu z góry nie masz już siły dotoczyć się do stancji. I jeden sklep w całej miejscowości. I zero zasięgu. I wtedy przypominasz sobie te wszystkie żarty, że kiedy nie ma prądu to przyrost naturalny jest największy. I, że ludzie dawniej czytali książki, rozmawiali z sąsiadami, bawili się z psem i życie płynęło wolniej.


Tylko, że nie będzie płynęło wolniej już nigdy. I już zawsze brak zasięgu będzie wywoływał to irytujące uczucie dyskomfortu. I już zawsze będziesz upychać tuziny kabli za listwą. I oglądać setki kaw na instagramie, tak aromatycznych, że prawie czujesz ich zapach. I wyrzucać zawartość torebki na biurko, bo znów słuchawki wpadły na samo dno. Już zawsze część życia będzie... elektroniczna.

Ale w Bieszczady to muszę się wybrać.

Komentarze

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…