Przejdź do głównej zawartości

Bo dobra organizacja to podstawa!

Jako kilkuletnia dziewczynka byłam mistrzynią organizacji wszelakiej - życia, czasu i przestrzeni. Moje kredki i mazaczki zawsze były posegregowane kolorystycznie, misie ułożone od najmniejszego do największego, a bluzeczki złożone w równą kosteczkę. Pantofelki leżały równiutko przy łóżeczku, ubranka na kolejny dzień zawsze były przygotowane wcześniej, a w plecaczku panował ład i porządek. Idealny przepływ energii. Równowaga wewnętrzna i zewnętrzna. Budziczek nastawiony odpowiednio wcześniej, żeby przypadkiem nie musieć się spieszyć. Nie zasnęłabym, gdybym w końcu nie rozwiązała tego zadania z matematyki, z którym męczyłam się półtorej godziny, aż w końcu wyszło. Żadnych niedokończonych spraw. O mój Boże, co się stało z tym dzieckiem? Czasy renesansu organizacyjnego dawno odeszły w niepamięć... Podejrzewam, że bezpowrotnie. 



Obecnie żyję w epoce mojego prywatnego chaosu. Jest wszędzie, począwszy od mojej głowy (bez niego pewnie nie powstałby żaden z tych tekstów, ale to tak na marginesie), a skończywszy na mojej torebce, która nie tylko zapewniłaby przetrwanie Beara Gryllsa na co najmniej dwa tygodnie, ale pomogłaby mu też pewnie rozliczyć się z fiskusem. I niby zaczynam każdy dzień pracy od listy bardzo ważnych spraw do załatwienia, bez których dalsza egzystencja nie ma prawa bytu (a jednej trzeciej w rezultacie nawet nie tknę), niby mam milion kalendarzy, w formie papierowej i elektronicznej, notatniczków, karteczek poprzyklejanych do monitorów, aplikacji, i tak dalej - co tylko dusza zapragnie, to jednak ciągle jestem w czarnej dupie. A najgorsze jest to, że ja już chyba nie potrafię być tą dziewczynką sprzed dwudziestu lat, co ma wszystko w życiu pod linijkę, i chyba nawet tego nie chcę.  Zaprzyjaźniłam się z tym chaosem i jest naprawdę świetnym kumplem. A na co dzień wygląda to tak....

- Długo tak będziesz chodzić? W majtkach i swetrze? Chyba już ze dwie godziny...
- Bo nogi depiluje.
- Przed laptopem?
- Oj, bo mnie rozmowa wciągnęła. Jeszcze mi jedna została.
- Rozmowa?
- Nie. Noga! Jedna gładka, druga nie. Chcesz dotknąć? 
- Daruję sobie.
- Żałuj. Hehehe...

I tak sobie siedzę. W swetrze i w majtkach. I sobie rozmawiam. Bo mogę...

A bardzo często jest też tak, że zaczynam coś robić. Mega ważnego. Coś co odkładałam od pół roku na "później". Na przykład przesadzanie kwiatków, które zdają się nie przeżyć kolejnego tygodnia, bez reanimacji. I rozpieprzyłam tą ziemię, te doniczki, te rośliny, te korzonki, to wszystko, na środku. Wszystko uciapane, upieprzone, bo pies przeszedł przez środek tego placu boju i rozniósł ziemię po całym mieszkaniu, kończąc na sofie. Mój facet ma obiekcje, że zawsze wszystko robię na środku i ani przejść, ani wyjść, ani się przekręcić. Mówię mu, że kwadrans i po robocie. I co? I włączam telewizor, żeby coś "gadało w tle". I leci "Hitch". O mój Boże! Jest taaaaki romantyczny, że szok, więc sobie tylko przycapnę na dwie minutki na skraju sofy, obok psa i obejrzę tylko kawałek, kawalątek, jednym okiem, no dosłownie do pierwszego pocałunku, momencik. 

No. I półtorej godziny później zamiatam ziemię i upycham paprotkę z powrotem w tą samą doniczkę. Jutro to zrobię. Szlag.

A kolejnego dnia, jak taszczę worek z ziemią przez korytarz, pełna zapału i świadoma celu, to przychodzi sms. Jak się okazuje jest to niezmiernie ważny sms. Z CCC, że promocja. Buty, buciczki kochane, poprzeceniane 70 % z tych, co to już były przez pół tańsze i jeszcze, dla posiadaczy karty, kolejne 30 %. O mój Boże, czyli za darmo. Lecę! 

A potem dzwoni mój kumpel...
- No czeeeeść Słoooońce-  godzina nie moja, co jak co, ale przyjaciela nie zignoruję.

A potem, to ja już jestem głodna. I pies chce na spacer. I po nocach się nie będę boksować z taką robotą. No. Ale jutro to już na pewno je przesadzę. Albo w sobotę.

A najlepiej wpiszę to w kalendarz i ustawię przypomnienie. O właśnie tak!
Bo dobra organizacja to podstawa!



Komentarze

  1. wszystko przez to że nie wpisujesz chaosu do swojego planu dnia - zacznij planować chaos z góry a zobaczysz jak twoje dni nabiorą poukładanego porządku ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jutro wpiszę: 6.30 - 23.30 - chaos xD

      Usuń
    2. I wszystko pójdzie dokładnie zgodnie z planem ;D

      Usuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…