Przejdź do głównej zawartości

Christie | Dziesięciu Murzynków

Agatha Christie to geniusz. Jej kryminały są fantastyczne. "Dzięsięciu Murzynków" świeżo wypożyczony z biblioteki, zaczęłam czytać w autobusie wracając z pracy, potem pomiędzy obieraniem ziemniaków a smażeniem kotleta i do wieczora już wiedziałam kto zabijał. I o dziwo - nie był to lokaj! :p




Powieść wydana pod tym tytułem w 1939 roku w Anglii, rok później w wydaniu nowojorskim zatytułowana była "I nie było już nikogo". Znane są także wersje tytułu " Dziesięciu Żołnierzyków" oraz "Dziesięciu Indian". Jak zwał tak zwał, kryminał jest niezły, baaa... jest bardzo dobry. Według CWA (Brytyjskie Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej) zajmuje 19 miejsce pośród 100 najlepszych powieści kryminalnych. Tyle suchej teorii.

"... Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło -
I zostało tylko dziewięć.

Dziewięć małych Murzyniątek
Poszło spać o nocnej rosie,
Ale jedno z nich zaspało -
I zostało tylko osiem ..."

Dziesięć osób chwilowo odciętych od świata na wyspie. Każde w swoim pokoju znajduje wierszyk o Murzynkach. Czytają go i zabawa się zaczyna ... Agatha manewruje pomiędzy sposobami mordu - cyjanek potasu, uderzenie ciężkim narzędziem w tył głowy, strzał w głowę, strzał w serce, topielec i cóż, czy ostatniej osobie zostaje cokolwiek innego niż się powiesić? I tak już za dużo napisałam...


"... Nastrój podczas śniadania był dziwny. Wszyscy silili się na uprzejmość.
— Czy mogę pani dolać kawy, panno Brent?
— Panno Claythorne, może kawałeczek szynki?
— Może jeszcze jedną grzankę?
Sześć osób na pozór normalnych, opanowanych.
A ich myśli?
Kto następny? Kto następny? Kto? W jaki sposób?..."

Giną jeden po drugim. 10 osób, 9 osób, 8 osób.... Krąg się zacieśnia, jest ich coraz mniej, każdy może być mordercą, ktoś spośród nich na pewno nim jest. Mało tego, każda z tych osób ma swoje na sumieniu, nikt nie znalazł się tam z przypadku i wszyscy mają zapłacić za swoją przeszłość - właśnie teraz. Kładą się spać, każdy w swoim pokoju, zamykają drzwi, podpierają klamki i próbują zapanować nad psychiką, gdyż doskonale wiedzą, że rano kolejna osoba będzie martwa...

A na koniec dlaczego uważam, że zmywarka to dobra rzecz :p







Komentarze

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…