Przejdź do głównej zawartości

W równoległym świecie, czyli o tym jak spłynęła na mnie wena...

Mam czasami takie chwile, momenty, przebłyski wyrwane z chaosu codziennych sytuacji, które powodują, że muszę, po prostu muszę (!) się zatrzymać. Przez umysł przebiega jakaś jedna, nie dająca spokoju myśl. Jakiś motyw, wątek, jakaś fantazja. Jest jak ziarnko, które pomimo suszy puściło pierwszy listek i przebiło zeschnięty grunt, pnąc się ku słońcu i życiu. Teraz szybko trzeba je podlać, zanim zniszczy je nieprzychylna rzeczywistość. W mojej głowie jest jak pierwszy pomruk zbliżającej się burzy, jak pierwszy grzmot, pierwsza błyskawica. Pierwsza kropla deszczu tuż przed szalejącą ulewą. Nie ma już odwrotu. Trzeba mieć otwarty umysł, aby dać się jej ponieść. To może być jakiś widok, jakaś melodia, fragment rozmowy wyrwany z kontekstu, cokolwiek. Pewnego dnia po raz pierwszy dopadła mnie nagle i niespodziewanie... wena.




To był letni ciepły wieczór, po bardzo złym dniu, pełnym negatywnych zdarzeń i emocji, które na szczęście udało się ujarzmić i całą sytuację zamienić w motywującą. Szereg niepowodzeń i problemów, które jak elementy domina popychały jeden za drugim, siejąc spustoszenie. Wszystko to zakończone siarczystą awanturą z moim Słońcem. Emocje opadły, udało się dojść do porozumienia i jak wiadomo godzenie się jest zawsze najprzyjemniejsze...  A jednak w głowie nadal kotłowały się myśli. Siedząc w jednym z naszych ulubionych miejsc spacerowych, spoglądając na zgiełk miasta w piątkowy wieczór, dekadencko paląc papierosa za papierosem, spłynęła na mnie wena. Stan, w którym codzienność i przyziemne sprawy odchodzą na dalszy plan. W głowie włącza się tryb kreatywny, który szuka ujścia, wydostania się na zewnątrz w postaci czegoś artystycznego. Zmarnować taki moment, ignorując go i przechodząc nad nim do porządku dziennego to czysta profanacja. Moją wenę kolejnego dnia przelałam na papier i tak powstał pierwszy fragment mojej książki. Będzie ona całkowitą fikcją, fantazją, pisaną w takich właśnie chwilach. Czasem tracę je na jakiś czas, wena gdzieś znika, czasami gubi mnie brak konsekwencji, nie mam jeszcze doświadczenia, jest to dla mnie coś zupełnie nowego, jednak sprawia tak cholerą radość i satysfakcję, że w tym momencie marzę, aby pisać już zawsze.



Inspiruje mnie wiele rzeczy w moim życiu. Zdecydowanie najbardziej inspirująca jest miłość. Drugi człowiek, który jest niesamowity, ponieważ przewraca Twoje życie do góry nogami i Ty czujesz, że Taaak!, pragniesz żeby się jeszcze bardziej przewróciło, byle tylko być razem, znać się na tyle, że jeden gest, jedno spojrzenie wystarczy, żeby odczytać stan duszy. Te niekończące się rozmowy, bliskość, wzajemne motywowanie się do działania, to jest niesamowicie inspirujące.



Inspiruje mnie muzyka, fotografia, miejsca, nawet zapachy. Zapach skoszonej trawy odwiecznie przenoszący mnie w czasy dzieciństwa, zapach świeżo mielonej kawy o poranku, zapach powietrza tuż po burzy. Najbardziej jednak inspirują mnie książki. Otwierają umysł, wyobraźnię, postrzeganie świata. Wciągają mnie w inną rzeczywistość, wydzierają ze stanu "tu i teraz". Zatracam się w nich całkowicie, po czym wracam do mojego życia wzbogacona o doświadczenia, których nie przeżyłam fizycznie, ale dotknęłam ich emocjonalnie. Mój zakres postrzegania świata rozszerza się z każdą przeczytaną książką, jest jak nałóg, po każdej chcę kolejną...



Blog lekko zmienia wyraz, wraz ze zmianami w moim życiu i nastawieniu. Chcę, aby był bardziej nastrojowym miejscem, pełnym moich przemyśleń, rzeczy które dają mi kopa do działania, recenzji książek, które zmieniają myślenie, a także zdjęć z codziennego życia (tu zapraszam również na Instagram). Wcześniej próbowałam przedstawić tutaj część moich fotografii głównie z wycieczek i podróży, jednak nie czułam przysłowiowego bakcyla, stąd nawet kilkumiesięczne przerwy w publikowaniu  postów. Kiedyś ktoś mądry powiedział, że owszem możemy wybrać to co aktualnie robimy, jednak nie mamy wpływu na to, co tak naprawdę lubimy robić. I tego Wam życzę - róbcie przede wszystkim to co kochacie robić. Ja taki właśnie mam zamiar :)




Komentarze

  1. Pięknie Paulinko!! :) :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe, ja też kiedyś ciągle czytałam, teraz jakby mniej bo bardziej słucham muzyki i .. gotuję/ piekę :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.


Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…