Przejdź do głównej zawartości

W górach Sila

Po Fiumefreddo Bruzio - jednym z najpiękniejszych, starych, włoskich miasteczek, o którym mogliście przeczytać -> tutaj <-, czas na trochę kalabryjskiej przyrody. Sila to obszar górski na południu Włoch, w regionie Calabria. Byliśmy tam zaledwie dwa dni i było to całkowite oderwanie od klimatu słonecznych wybrzeży i gorących plaż.
Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne jeziora - Lago Cecita oraz Lago Arvo, a także rezerwat “Giganci Sila” czyli ogromne, stare drzewa w Parku Narodowym Sila.




Jezioro Cecita z włoskiego jezioro “ślepota” jest położone w prowincji Cosenza. Jest to sztuczne jezioro utworzone do produkcji energii elektrycznej. Powstało poprzez zbudowanie tamy na rzece Mucone. Zajmuje powierzchnię 12,6 km ²  rozciągając się na długości 7,5 km.




Kalabryjskie kwiaty
Moje Słoneczko :)
Pomimo, że nie jest jeziorem naturalnym, to wspaniale komponuje się z górskim krajobrazem. Otoczone przepięknymi, zalesionymi wzgórzami, kojarzy się trochę z klimatem bieszczadzkiej Soliny.  Pojechaliśmy tam wieczorem. Zachodzące słońce, unosząca się wilgoć i klimat tego miejsca dawało wrażenie, że to wszystko wokół - las, zwierzęta, nawet góry, wszystko to wycisza się przed snem. W oddali jedynie słychać było dzwonki schodzących ze zboczy gór krów. Spotkaliśmy nawet psa pastucha, który nie zważając na różnicę w gabarytach, ochoczo obszczekiwał zbaczające z trasy krowy.












Drugiego dnia przywitało nas słońce i parne powietrze. Duchota. Pojechaliśmy do Parco Nazionale della Sila zobaczyć rezerwat gigantycznych, starych drzew. Zawiera on 56 drzew w wieku nawet 350 lat !











Kolejny przystanek - Lago Arvo. Jezioro to powitało nas już burzową pogodą. Niesamowity klimat. Duża tafla spokojnej wody jeziora, góry, lasy, wilgoć w powietrzu i pomrukiwanie burz, które pojawiały się nie wiadomo skąd, jeszcze szybciej znikając i dając zaproszenie kolejnym. Nasz samochód osnuła biała mgła.

Zaczęło padać. To jednak nie mgła. Byliśmy w środku chmury! Deszcz przerodził się w grad, pomrukiwało coraz głośniej. Dodało to szczyptę grozy do klimatu tego miejsca i sprawiło, że tym bardziej pozostanie w mojej pamięci.

Burzowo
Jezioro Arvo to również sztuczne jezioro o długości 8,7 km, położone w pobliżu miejscowości San Giovanni in Fiore. Tama na tym jeziorze jest unikatowa, ponieważ nie jest wykonana z betonu, a z gliny i zwartej ziemi. Powstała w latach 1927 - 1931 i była to w tamtych czasach największa i najdłuższa tama zbudowana we Włoszech.







Planuję już kolejny post z Włoch dla Was, tym razem będzie to coś zupełnie innego - tętniąca życiem turystyczna Tropea :)

A na koniec psiak, któremu zrobiłam zdjęcie po drodze z samochodu, bo tak słodko sobie spał, że nie mogłam się oprzeć :)






Komentarze

  1. wszystko wyglada tak bajecznie <3 zakochac sie mozna :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) tak to bardzo piękne miejsca i tam we Włoszech właśnie w tych górach czułam się trochę jak w Polsce :)

      Usuń
  2. przecudowne widoki! chciałabym kiedyś pojechać w takie miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że i w Polsce znalazły by się takie miejsca :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w …

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikam…