Przejdź do głównej zawartości

Posty

Jo Nesbo "Pierwszy śnieg"

Zawsze miło kiedy człowiek przekonuje się, że nie odkrył jeszcze masy wspaniałych rzeczy... Otóż niesiona propagandą ostatnich tygodni a propo "Pierwszego śniegu", który ukazał się w kinach w październiku, odkryłam Jo Nesbo. Jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Ekranizacji nie widziałam, gdyż największym grzechem byłoby zrobić to przed przeczytaniem druku. Filmy bardzo rzadko dorównują powieściom, na podstawie których powstają, niestety. Ale przede wszystkim psują efekt "wow" towarzyszący czytaniu. I właśnie jestem świeżo po lekturze, i z ręką na sercu podpisuję się pod tymi wszystkimi głośnymi opiniami i pogrubionymi nagłówkami, jakoby Jo Nesbo był mistrzem kryminału. Jest. Skubany, jest mistrzem kryminału i aż trzęsę się do pochłonięcia kolejnych jego dzieł.

Listopad to idealny moment, żeby przeczytać akurat tą powieść. Jeszcze gdyby tak spadł śnieg... W lipcu nie smakowałoby tak samo. Otóż, w Oslo jest właśnie listopad i spadł pierwszy śnieg. Birte, mężatka i…
Najnowsze posty

Za co kobiety kochają Bridget, czyli ukłon w stronę niedoskonałości

"Postanowienia noworoczne. NIE BĘDĘ (...) Lecieć na: alkoholików, pracoholików, związkofobów, żonatych lub mających dziewczyny, mizoginów, megalomanów, szowinistów, emocjonalnych popaprańców, pijawki i zboczeńców."
To jest książka dla kobiet. Zdecydowanie, tylko i wyłącznie dla kobiet. Chociaż nie! Dla facetów także. Jeśli na przykład nie mogą usnąć, czy coś. Wówczas jak znalazł. Kilka stron i fur, fur w objęcia Morfeusza. No wynudzą się panowie, niestety. Dziennik Bridget Jones Helen Fielding, i jego kolejne części, są pisane z mocno kobiecej perspektywy.


"15 MARCA, ŚRODA 57 kg, jedn. alkoholu 5 (wstyd: mocz szatana), papierosy 14 (ziele szatana - rzucę w urodziny), kalorie 1795"

Powieść pokazuje, że nie trzeba być super, hiper zorganizowaną kobieta sukcesu, z perfekcyjnie wysprzątanym domem, trójką uśmiechniętych dzieciaczków, nakarmionym, przystojnym mężem, i idealną figurą, żeby podbić serca milionów. Bridget jest skrajnie nieidealna. Ale stara się,…

"Tajemnice Poodle Springs", czyli świetna książka z idiotycznym tytułem

Pierwszy wniosek po przeczytaniu - typowe dla Chandlera, dowcipne, sarkastyczne dialogi. Cudne. Poza tym intrygująca zagadka kryminalna, pikantnie przyprawiona bigamią i szczyptą szantażu. Kolejny atut - jak zawsze cyniczny Marlowe, tym razem bonus w postaci żony. To zupełnie do niego niepodobne, tymczasem Linda wzbogaca odbiór, jest ponętna, kapryśna i z pewnością zakochana. Lista zalet powieści na tym się nie kończy, jednak powyższe stanowią esencję. Cóż mogę dodać a propos głównych bohaterów. Jest jeszcze Larry Victor i Les Valentine. I tu sprawy zaczynają się komplikować...


"- A więc rzecz wygląda tak - powiedziałem. - Lippy cię ściga, bo jesteś mu winien pieniądze. Policja cię ściga, bo jesteś podejrzany o zabójstwo Loli Faithful. Blackstone cię toleruje, ale jeśli się dowie o Angel, może wpompować ci trochę powietrza do mózgu. - Taa - rzekł Victor. Zaciskał dłonie i patrzył na swoje kciuki. - Ja się o siebie nie martwię, Marlowe. Ale musimy uchronić Angel. - Od razu wiedzi…

Historia pewnej kołdry

Historia oparta na kołdrze zaczęła się dawno, dawno temu... Ja, jako wówczas nawet nie narzeczona i mój luby, postanowiliśmy zamieszkać razem po dziewięciu miesiącach znajomości. Akurat po dziewięciu, bez skojarzeń, czysty przypadek. Od sierpnia, do maja jest dziewięć, nie chce być inaczej, a w maju pojechaliśmy na długi weekend, i tak nam zostało. I nie pamiętam ile zeszło, zanim w naszej alkowie pojawiła się druga kołdra, ale obecnie są one dwie, gdyż jesteśmy starzy, pomarszczeni, mamy siedmioro wnuków i już się nie bzykamy. Taki żarcik. Otóż, nie wiem dlaczego tak jest, ale świat jest tak skonstruowany, że kobietom jest zawsze zimniej, niż facetom. Mi zwłaszcza. Jest mi zimno i koniec, i moja kołdra jest dwa razy grubsza i cieplejsza, niż kołdra mojej drugiej połówki. Unikam tym samym skarpet i barchanów. I tu zaczynają się schody... Bo starzy i pomarszczeni jeszcze, uchowaj Boże, nie jesteśmy i często bywa tak, że zasypiamy pod kołdrą jedną. Jego. Tą zimną. Tym kawałkiem materia…

"Niewidzialne potwory", czyli największa psychodela jaką do tej pory czytałam

"Pokaż mi uwagę. Błysk."

Zaczyna się sceną schodzącej ze schodów panny młodej, w spalonej sukni i strzelbą w ręce. Kobieta nazywa się  Evie Cottrell, choć to mało istotne. Początek leciutko trąca "Kill Billem". Brandy Aleksander leży gdzieś poniżej wspomnianych schodów, wykrwawiając się na śmierć. Jest jeszcze ona - ta trzecia, najważniejsza, główna bohaterka. Mamy więc zarys zakończenia. I pyk - przeskakujemy w czasie.

"Nikt nie jest jeszcze do końca nieżywy, ale powiedzmy sobie, że zegar tyka."

Ta książka to kadry. Chaotyczne kadry. Przewspaniałe ujęcie czasu i miejsca akcji. Stuprocentowy sposób na wyeliminowanie nudy. Ale do rzeczy, o czym konkretnie napisał Palahniuk. Supermodelka... Blee, nuda. Supermodelka, która w wypadku traci pół twarzy i przestaje być supermodelką, ba, przestaje być nawet człowiekiem, jeśli weźmiemy pod uwagę fizyczno-estetyczne normy człowieczeństwa. Łoo, myślę. Ale nie mam czasu myśleć, bo muszę nadążać. Tu nic nie jest ułożo…

Żelazko

Żelazko na mnie patrzy. Durny przedmiot, bez duszy i rozumu, ani pogadać, wymienić poglądów, ani nic. Tylko wziąć i prasować. Idiotyczne zajęcie. Czemu ludzie mogli wymyślić pralki, miksery, odkurzacze i inne takie, nawet zmywarki, a żelazko jakie było, takie jest. Nie można tych szmat jakoś wygładzić inaczej? Jakimś robotem wygładzającym, czy coś. Automatycznie. Buchnęło parą. Cwane, wyłapuje myśli. Nie, nie, nie, kochaneczku. Buchanie parą, to jeszcze nie dialog. Środkowy palec. Ha, no i co teraz? Jakaś reakcja, pomachasz kablem jak rasowy pudel? Czekam. 

Marlowe vs Poirot, czyli dwa oblicza kryminału

Marlowe i Poirot są idealnym przykładem, jak odmienne może być spojrzenie na, z pozoru, ten sam temat. Łączy ich branża i skuteczność. I nic poza tym. Poirot rozwiązuje zagadki siedząc i przeprowadzając skrupulatną analizę, Marlowe szwenda się po mieście, namacalnie odkrywając prawdę. Poirot jest zasadniczy, ułożony, kulturalny i zadumany. Marlow przechyla piersióweczkę prowadząc wóz i nie daje się wbić w jakiekolwiek ramy. Poirot myśli, Marlowe kombinuje. Źle. Doprecyzuję - Poirot kombinuje myśląc, Marlowe myśli kombinując. Poirot cieszy się społecznym uznaniem, Marlowe wyleciał z roboty w prokuraturze za pyskowanie. Mocne, charakterystyczne postaci. Mam swój typ.



Jack Ketchum "Jedyne dziecko", czyli psochopaci są tuż obok

Arthur Danse jest ciekawym człowiekiem. Tak pomyślałam najpierw. Myślę sobie - konkretny, zdecydowany, ciut brutalny, ale w jakiś sposób także fascynujący. Dopiero potem wyszedł z niego prawdziwy sukinsyn.


Cormac McCarthy "Droga", czyli książka od której dymi czacha

Po czym poznać dobrą książkę? Po tym, że kiedy skończysz czytać, masz problem z powrotem do rzeczywistości. Dymi Ci czacha. Tak, to dla mnie główny wyznacznik zacności. "Droga" McCarthiego jest właśnie takim tworem. Dawno nie pisałam nic o tym, co aktualnie czytam, ale ta lektura zainspirowała mnie wystarczająco i wręcz zmusiła do wyrzucenia przemyśleń z głowy. Po przeczytaniu wyłam dwadzieścia minut. Łzy leciały ciurkiem, a nie mam w zwyczaju płakać z byle powodu. W tym wypadku, było to silniejsze ode mnie. Spluwam siarczyście na wszystkie romansidła, które niby "wzruszają". Dupa! Warte pogardy, w porównaniu do tego arcydzieła. Kiedyś nawet pisałam tutaj o jakiejś książce, która mnie niby wzruszyła, taa... Moje poglądy zdecydowanie ewoluowały. "Droga" - majstersztyk. On i syn, i nic poza tym, dosłownie. Postapokaliptyczna Ameryka. Jedyne co można spotkać to chłód i ciemność, czasem jakiś człowiek, który za jedyny cel ma przetrwanie. I tu pojawia się pro…

Sebik i Karyna, chatka w górach i śmietnik, czyli refleksja wakacyjna

Również pisane jakiś czas temu...

***

Polacy na urlopie dzielą się na domatorów, typ "all inclusive" oraz tych z rodzaju "hej przygodo". Domatorzy, czyli ci, którzy w podróż to niekoniecznie, w dużej mierze składają się z ekipy remontowej. I w zasadzie podziwiam ludzi, którym chce się odświeżyć swoje gniazdko w czasie wolnym, gdyż ja osobiście remontów wszelakich unikam jak ognia. Zdecydowanie nie jestem typem kobity, która wisi na chłopie, bo ma wizję przemalowania ściany na dojrzałą brzoskwinkę. Nienawiść do remontów nadrabiam przemeblowaniami, regularnie, co około trzy miesiące, wszystkie meble wędrują po mieszkaniu, a że mój facet też lubi, to korzystam. Typ "all inclusive", czyli Chorwacja, Bułgaria, te sprawy, żarcie do oporu, i pomimo że zagranica, to Polacy na każdym rogu. Spoko, opcja zapewne najwygodniejsza, aczkolwiek zbyt komercyjna jak dla mnie. Zawsze uciekam w tą trzecią możliwość i tym samym w miejsca, gdzie budek z piwem i turystów jest ja…

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 
***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego pala…

Mięsny obserwator

Dwie rodziny stoją przede mną w kolejce na mięsnym. Myślę - luz, ekspedientki trzy, osób w kolejce sześć, dzielone na trzy osoby przypadające na stado, czyli dwóch unikalnych użytkowników eee… kolejki, plus ja. Podsumowując - jedna baba za ladą moja! Prosta matematyka. Dupa. Otóż jedna kobita pochylona nad otwarta kasą, ze zmarszczkami wysiłku umysłowego i potem na czole, liczy klepaki. Druga natomiast szoruje krajalnicę. Czyli czekam. To jest właśnie idealny przykład złego wykorzystania kapitału ludzkiego. Tłum ekspedientek ledwo się mieści za ladą, ledwo im miejsca wystarcza, obijają się tyłkami o siebie, a robota stoi - człowiek sterczy i czeka jak debil. Nieważne. Patrzę na rodzinki kątem oka. Jedna trzyosobowa - ona, on i dziecię maluteńkie. Ona jak beczka, facet wkurwiony, a dziecko się drze. Ale tak się drze, że ludzie spod lodówki z mrożonkami patrzą. Mi  tymczasem jest szkoda dziewczyny. Powiedziałam potem mojemu narzeczonemu, że jeśli kiedyś będę w ciąży i nie będę mogła si…

Opowieść o księżniczce i worku

Pusty pliczku - pamiętniczku, rzekłabym. Ta... świat jest pełen inspiracji, a wyobraźnia powinna być głównym motorem napędowym w jakże przyjemnym procesie tworzenia, a konkretnie - pisania, czegokolwiek. Cóż, u mnie to nie do końca tak działa. Całe życie wszystko na odwrót. Natchnienie me płynie bowiem z każdego najbardziej błahego i przyziemnego dupsa codzienności (dups* w wolnym tłumaczeniu - sytuacja, zdarzenie, rozmowa, przedmiot, osoba, czyli zbiór liczb rzeczywistych otaczającego świata). Voila. Taki worek na przykład. Niezwykła historia worka dojrzała, by za dotknięciem czarodziejskiej klawiatury, zamienić się w opowieść. Otóż - dawno, dawno temu…


O truskawkach, notatniku i kocie miesiączkowym

Palec wiszący nad klawiaturą dłużej niż sto dwadzieścia sekund plus pusty plik tekstowy, to zdecydowanie zły znak. Życie na wysypisku śmieci własnych, nic nie znaczących myśli i nic nie wnoszących słów. Błahostki dnia codziennego. Żadnej głębszej reflekcji. Żadnych przełomowych czynów. Mdło i przezroczyście. Mała rzecz - znaleziony, pożółknięty notatnik, format A4, ilość kartek - osiemdziesiąt (zostało na oko czterdzieści), wyblakła kratka, zapisanych słów - zero, cena detaliczna - 620 zł, czyli stary. Zasuszony komar w środku. Pomijając owada, przedmiot szalenie inspirujący. Chodzę z nim od rana. Został moim przyjacielem na dzisiejszy dzień.

Jako niezorganizowana kobieta, każdego roku, opóźniona, budzę się z letargu, gdy sezon truskawkowy chyli się ku schyłkowi i muszę zadowolić się resztkami z nadzieją, że kolejnego roku nie przeoczę dziesiątek straganów z koszykami pełnymi czerwonych witaminek i w końcu porządnie skorzystam. Czary mary! Jako zorganizowana kobieta, w tym roku, wyc…

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.