poniedziałek, 19 czerwca 2017

Opowieść o księżniczce i worku

Pusty pliczku - pamiętniczku, rzekłabym. Ta... świat jest pełen inspiracji, a wyobraźnia powinna być głównym motorem napędowym w jakże przyjemnym procesie tworzenia, a konkretnie - pisania, czegokolwiek. Cóż, u mnie to nie do końca tak działa. Całe życie wszystko na odwrót. Natchnienie me płynie bowiem z każdego najbardziej błahego i przyziemnego dupsa codzienności (dups* w wolnym tłumaczeniu - sytuacja, zdarzenie, rozmowa, przedmiot, osoba, czyli zbiór liczb rzeczywistych otaczającego świata). Voila. Taki worek na przykład. Niezwykła historia worka dojrzała, by za dotknięciem czarodziejskiej klawiatury, zamienić się w opowieść. Otóż - dawno, dawno temu…


...czyli gdzieś w kwietniu, za górami, za lasami, czyli na moim osiedlu, żyła sobie księżniczka, czyli ja. Hehehe. Idźmy dalej tym tropem. Księżniczka wyszła na swoją wieżę, czyli balkon (na parterze w dodatku), by wypatrywać księcia z bajki, czyli zapalić papierosa. Jej oczom ukazał się młodzieniec, ba, dwóch młodzieńców! Uradowana spojrzała więc w ich stronę, ale na horyzoncie dostrzegła inną dziewicę (ekhm). Sąsiadkę z góry, która z kijem od mopa maszerowała przez trawnik, wprost pod balkon drugiej sąsiadki (mieszkającej obok księżniczki), aby pośród czeluści jej prania, wydobyć swoją, zaginioną skarpetę. To okrycie stopy, spadło niesione siłą grawitacji, by utknąć w sieci cudzego prania. Czar prysł, bo scena okazała się bardziej interesująca niż pryszczaci młodzieńcy - magazynierzy w firmowych bluzach supermarketu, którzy puszczali do siebie wózki wypełnione pustymi kartonami i workami. Księżniczka jednym okiem łypiąc na szermierkę sąsiadki z mopem, pośród stringów i staników, niczym walkę Don Kichota z wiatrakami - drugim rejestrowała relaksujących się zabawą młodzieńców. Wózek, od magazynu do wiaty, mknął pomiędzy dostawczakiem, audi i rzędem tuj, z każdym metrem nabierając prędkości, by po kilku sekundach wylądować w objęciach drugiego chłopca. I kolejny wózek, sru! Tym razem kartony po Prince Polo. I dawaj, trzeci wózek, same worki, zwinięte w kłęby, rulony, niesymetryczne, chaotyczne, artystyczne, foliowe instalacje. Czwarty wózek nie wytrzymał napięcia, wpędzony w szaleńczy ruch, doznał zderzenia z wózkiem numer trzy, który wypadł z toru i odbił się od drzwi wiaty, nim magazynier zdążył wypakować wózek numer dwa. Worki i kartony po wafelkach rozsypane po parkingu, a następnie porwane przez wiosenny wiatr, walały się pod moim blokiem przez dobre trzy dni. Poirytowana nieładem, nieestetycznie kontrastującym z wystrzyżonym trawnikiem, doszłam do daleko idących wniosków, aby nigdy nie parkować z tej strony sklepu, gdzie przestrzeń pomiędzy drzwiami magazynu, a wiatą, jak się okazuje, nie jest najbezpieczniejszym miejscem.

Kilka dni później księżniczka poczuła smród spalenizny, wydobywający się z okolicy sprzęgła. Książę czym prędzej zajrzał pod maskę karocy, nie dostrzegłszy jednak źródła owego smrodu. Zapach z każdym kilometrem przybierał na sile. Dziewka zatroskała się fest.
- Cóż tak capi, mój miły? - zapytała, trzepocząc zalotnie rzęsami - capi i capi, i capi, i capi.
- Płoniemy, zapewne. - Odpowiedział luby. - Jęzory ognia omiatają naszego rumaka od wewnątrz, niczym mechaniczny zgago-kaco-potwór. Zguba nam!
- Ty słuchaj, będziemy później trochę... - dobiegł ich głos towarzysza podróży rozmawiającego przez urządzenie telekomunikacyjne - koledze się chyba kable jarają.
Księżniczka spojrzała na księcia unosząc brwi w dezaprobacie zaistniałej sytuacji, po czym wydobyła z sakiewki mentolowy dar natury. Odpalając ostentacyjnie, oddała się chwili relaksu.
- Odejdę nieopodal, by bardziej ognia nie wzniecać  - rzekła  i odchodząc zauważyła coś wystającego pod karocą, coś takiego, jakby, przezroczystego. - No, kurwa, nie wierzę.
Nastrój wokół ewoluował, a książę pieprznął się na chodnik i zanurkował pod samochodem. Stopiony worek z nalepką “paprykarz szczeciński” (zapewne opakowanie zbiorcze, zapewne spod supermarketu, zapewne efekt wygłupów młodzieńców, biada wam!) przez dobry kwadrans nie chciał się odkleić z rury wydechowej białego rumaka, a śmierdział jeszcze przez tydzień.

Księżniczka zmrużyła oczy oddychając ciężko. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz