niedziela, 12 marca 2017

Lea cz. 1 - Bella, psia krew, vita

       Albert z każdym przejechanym kilometrem, pomimo sprzyjających warunków, jechał coraz wolniej. Pod nogami miał, standardowo, sprzęgło, hamulec, gaz, i niestandardowo, gin i tonic. Choć to chyba raczej dość klasyczne połączenie, przynajmniej tych dwóch cieczy. Wypiłby teraz choćby płyn do spryskiwaczy, gdyby ten miał w sobie choć krztę alkoholu, a niczego innego akurat nie byłoby w pobliżu. W głowie ciążyły mu myśli, łomotały, walczyły między sobą, odbijały się echem od splotów nerwowych, żył, tętnic i wszelakiego badziewia, jakie skrywało jego wysokie czoło. Tylko idiota mógł dać się tak orżnąć babie. "Wypaliłam się", usłyszał poprzedniej nocy. Nie odpowiedział, patrzył tępo, przekręcając ze zdziwieniem głowę, niczym pies, który zauważył odblask zegarka na ścianie i próbuje zrozumieć, w czym rzecz. Pięćdziesiąt na liczniku, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, czwórka. Mógł wymieszać to cholerstwo, albo co, bo diabelnie ciężko ogarnąć manualnie procedurę odkręcania nakrętek jedną ręką, ewentualnie zębami. Jego eks najpierw się wypaliła, potem dała dupy radcy prawnemu szwagra sąsiadki, czy innemu kudłatemu typowi, o rumuńskiej urodzie chłopaka sprzedającego kradzione zegarki na bazarze, a w międzyczasie przywłaszczyła sobie cały dobytek i sprzedała chałupę, składając podpis jego zapitą łapą. Jego - Alberta, który fakt, lubi sobie dziabnąć. Choć, cholera, może on sam to podpisał, no nie sposób spamiętać. Notariusz, ciul, zatwierdził wszystko elegancko, bez jego obecności, z nim też się pewnie, suka,  puściła. I wszystkie te informacje Albert zebrał w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Czterdzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, trójka. I ten cholerny asfaltowy zaduch. Zachciało mu się podróży, na stare lata, z puszczalską żoną, awersją do upałów, domatorskim usposobieniem i alergią na kurz. Szlag by to.


       Eva uciekła do Tunisu, albo na Maltę, być może ambitniej - do Grecji, lub po linii najmniejszego oporu, całkiem niedaleko, na Sardynię, gdzie notabene, już pewnie czekał na nią bazarowy fagas, a tymczasem on, Albercik, rogacz - idiota, sam wywiózł ją aż tu, na południe Włoch, żeby niby ratować związek. A proponował klasycznie - Toskania, romantyzm, pejzaże, lawendowe pola, szmery bajery. To nie, bo turyści. Umbria, w samym sercu! Nie, brak dostępu do morza. Tu akurat racja, dlatego do Czech nikt nie jeździ na wakacje. Brnął dalej - Neapol! Wszak sam Goethe pisał “zobaczyć Neapol i umrzeć”. Nie, bo śmietnik. Rzym - tłumy wiernych, Mediolan - drogo, Wenecja - szambo, San Marino - turnusy nastolatków, Bolonia, Turyn, Florencja - nie, nie, nie. Ona chciała tu. Do Reggio di Calabria, gdzie stały ląd łączy się z Sycylią. Czubek palców makarońskiego kozaczka. Na samo południe. Na koniec świata. Wylotówka... Kurwa mać. I poszła w pizdu. Trzydzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, dwójka. Smród spalonego sprzęgła. Dobra, pomyślał, trzeba albo zaprzestać dalszej trasy, albo otrzeźwieć, albo dokupić ginu, bo się kończy. Zero sklepów po drodze, ewentualnie pieprzony Autogrill, zawalony po sufit kluchami we wszystkich kolorach i kształtach jakie świat widział i wszędzie - buongiorno!, tutto bene?, come stai?, i inne grzecznościowe, italijskie zwroty, podczas gdy jego życie, bella, psia krew, vita, poszłooo, razem z całym hajsem, babą, resztkami godności i dobrego humoru w siną dal.

       Z przemyśleń wyrwał go widok stacji, cóż, nie miał wyjścia, stara lancia - włoska myśl techniczna, którą miał wątpliwą przyjemność prowadzić, już jakiś czas temu odmawiała posłuszeństwa i z włoską ziemią zdawała się wcale nie współgrać. Dziwne. Zatrzymał wóz na parkingu, dopił gin, dopił tonic, butelki wrzucił do kontenera i spostrzegł, że spod maski wydobywa się dym. Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, zerknął więc, wajcha, klapa, rzut okiem, hm... Tak jakby brak płynu chłodniczego. Chociaż kto to wie, te wszystkie zbiorniki, silnik, alternator, zdawały się krążyć przed jego oczami jak w kole fortuny. Zatrzasnął klapę i poszedł w kierunku budynku.

 - Un caffe! - wrzasnął, ciut za głośno, w kierunku chuderlawego kelnera, i zanim niezgrabnym łapskiem zdążył wygrzebać drobne, kwintesencja kawy - mocne, czarne espresso w mikroskopijnej filiżance, już czekało tuż przed jego nosem. Tu byle cyc jest baristą, pomyślał, wyssali ten szatański, czarny wywar z mlekiem matki. Dopił szybko kawę i ewakuował się przed, jak się okazało, bardzo bezpośrednim i jeszcze bardziej gadatliwym kelnerem. Wyszedł z alkoholem, płynem do chłodnic i tagliatelle pod pachą. Tagliatelle gratis.

       Malownicza krajówka, Strada Statale 18, ciągnąca się zachodnim wybrzeżem od Reggio, aż po Neapol, z zapierającym dech w piersiach widokiem na Morze Tyrreńskie robiła wrażenie nawet na zdruzgotanym Albercie. Jechał przed siebie na północ, byleby dalej od... od..., no od wszystkiego. Chociaż w zasadzie nie bardzo było od czego uciekać, wszystko co miał, krótko mówiąc, samo uciekło. Chciał odwiedzić jeszcze jedno miejsce, wręcz idealne, żeby zrealizować plan, który od kilku godzin świtał w jego głowie. W międzyczasie rozdzwonił się z telefon, ale Albert zignorował to na rzecz zainteresowania grappą. Jego umysł balansował w przygranicznej strefie świadomości, gdzie z jednej strony czuł, że nadal nadąża za rzeczywistością, a z drugiej przestał troszczyć się o tak nieistotne szczegóły, jak bezpieczne kierowanie pojazdem w ruchu drogowym. Srał pies czy zginie tu, czy za godzinę skoczy z najwyższego, na jaki zdoła się wdrapać, klifu. Już postanowił. Taka melodyjna nazwa, Citadella del Capo, w innej części świata byłaby zapuszczoną dziurą, ale, że słynie z kurewsko pięknego, skalistego wybrzeża wpadającego wprost do bezkresu wód o najbardziej intensywnym odcieniu błękitu, jaki Albert kiedykolwiek widział, to dziurą nie jest. Jest natomiast niekomercyjnym rajem na ziemi, gdzie turystów jak na lekarstwo, za to miejscowi chłoną poczucie estetyki z powietrzem. Gdzieś tam jakaś niunia opala się toples na jachcie czy innej łajbie. Gdzieś tam kuter rybacki wypływa w głębokie wody. Gdzieś tam plażą sunie turecki handlarz ręczników i bikini we wszystkich odcieniach tęczy. Generalnie sielanka - cud, miód, orzeszki, malinki. Albert trzasnął drzwiami i poszedł spacerowym krokiem w stronę plaży. Zero piachu, tylko kamole. Popołudniowe słońce grzało go w głowę, grappa grzała w przełyk. Nawet niezłe to winogronowe gówno, pomyślał, zobaczymy, czy doda odwagi. Odczytał sms - “Alberto! coś tam, ti zapomniał dokumenti, coś tam, autogrill, kawa ci smakować, ti zapomnieć, portafoglio, soldi, musieć zawracać, coś tam, my znaleźć numer infolinia, coś tam, pozdrowienia, całusy, uściski, smacznego (i inne tutejsze, obowiązkowe zwroty grzecznościowe)”, podpisano Luigi. Portafoglio? Portfolio? Co on pierdoli… Portfel chyba. Nieważne, Albert miał teraz priorytet na skok wyczynowy prosto w otchłań piekieł. Upatrzył sobie już klif, wyrzucił telefon, wyrzucił pustą butelkę i inne klamoty z kieszeni i zaczął się wspinać. To teraz życie powinno mu przelatywać przed oczami,  jak jakieś wyrwane kadry z filmu, slajdy czy inne historie obrazkowe. Nic takiego się nie działo, nie pamiętał nawet co przedwczoraj jadł na śniadanie, a co dopiero bardziej złożone wspomnienia. Na samym szczycie zdjął buty i skarpetki, w zasadzie nie bardzo wiedząc, co po. Ale zdjął i wyrzucił daleko, tuż nad brzeg, gdzie porwała je pierwsza fala, oddając w zamian kilka muszelek. Albert rozejrzał się jeszcze raz i poczuł zadowolenie, że przynajmniej zdechnie w malowniczym miejscu. Jedno mu w życiu wyjdzie. Spojrzał w dół na ostre skały, poczuł jak jego serce pulsuje pod falującą klatką piersiową, w ustach robi się sucho, a w uszach zaczyna nerwowo szumieć. Zamknął oczy.


*     *     *

       Kwadrans i kilometr później smutny i lekko trzeźwiejący facet w średnim wieku, szedł boso wybrzeżem Citadella del Capo i zastanawiał się jak wróci po kasę i dokumenty na stację, bez butów. Duże problemy, małe problemy, ogromne problemy i pierdołowate problemy tworzą jego marny żywot na tym łez padole. I resztę tego wieczoru pewnie też spędziłby na jałowych rozważaniach, gdyby nie zauważył nogi. Gdzieś tam spośród skał i kamieni wystawała noga. Całkiem zgrabna stópka z wymalowanymi paznokciami i połyskującą bransoletką nad kostką. Trochę się zdziwił, ale szedł dalej, coraz bliżej i bliżej. Noga leżała nieruchomo, za to z każdym metrem widać było więcej - łydkę, kolano, udo, drugą nogę, jakoś tak sztywno podkurczoną, a po chwili już całą postać. Spoko, pomyślał. Była to ładniutka blondynka, w czarnej bieliźnie, co prawda nie wyglądającej na strój kąpielowy, bo koronkowej, ale co on tam wie. Nie zna się na tych wszystkich “must have” sezonu, zwłaszcza tu, w Citta-coś-tam del coś-tam. Była trochę blada i zmizerowana, ale bardziej martwił go fakt, że była przykuta za obie ręce do metalowej barierki, która chroniła odpadające elementy, tego akurat klifu, przed zapewne, odpadnięciem. Wytrzeźwiał całkiem, podszedł zdezorientowany, dziewczyna była nieprzytomna. Spanikował, zaczął nią potrząsać, klepać po twarzy, mówić, krzyczeć, szturchać. Podbiegł do morza, nie miał w co nabrać wody, zanurzył więc obie dłonie, i z tą ociupinką, wylewającą się na wszystkie strony, wrócił i chlusnął jej w twarz. Czynność powtórzył kilkukrotnie. Przeklinał w duchu, że wcześniej pozbył się butelki z grappy, czy choćby butów, bo takim butem to by nabrał wody jak człowiek, a tak - głupiego robota. W końcu się zdenerwował, chlasnął kobietę otwartą dłonią w twarz z całej siły i voila, otworzyła granatowe oczy.
- No nareszcie! Dziewczyno, co ty... Jak ty... Skąd... - nawet nie wiedział, od jakiego pytania zacząć. Blondwłosa piękność patrzyła ogromnymi, przestraszonymi oczami i zdawała się być tak wyczerpana, że zaraz zaśnie. Wisiała bezwładnie na przykutych rękach i trzepotała rzęsami nie wypowiadając nawet słowa.
- Okej - ciut wyhamował cisnące się trudne pytania - może najpierw powiedz jak masz na imię?
- Egh - dwa mrugnięcia rzęsami, podkurczenie nóg, delikatne chrząknięcie, odgłos mewy w oddali i w końcu wydusiła - Lea.
Taa, Lea, wyczytał to tuż potem z tatuażu na nadgarstku, kiedy główkował jak uwolnić jej ręce.
- Ładnie cię ktoś urządził Lea, jakiś szlaban rodzicielski? Wkurzony mąż? Głupi dowcip kumpli z akademika?
Cisza.
- Zakład? Wyzwanie? - Albert był niestrudzony - Dieta cud? - próbował rozluźnić atmosferę.
Cisza.
- Opowiesz mi? Czy będziemy sobie milczeć dalej? - tym razem nie udało mu się ukryć zniecierpliwienia w głosie. Wytrzeźwiał na zero i znów nabrał ochoty na grappę.
Cisza. Zaczął więc szarpać kajdany, piłować je o, niestety, gładką barierkę, lecz bez efektów. Czas poszukać ostrego kamienia.

          Po półtoragodzinnej męczeńskiej szarpaninie (podczas której relaksował się wyobrażając sobie przykuwanie Evy do skał, w ramach szeroko pojętej pokuty), w końcu spłynęła gratyfikacja. Lea, oprócz subtelnej bransoletki na nodze, miała teraz dwie solidne bransolety, po jednej na każdej ręce, ale przynajmniej była wolna.
- To nie wiem, mogę cię gdzieś podwieźć, czy coś? - Albert próbował wrócić do normalności, skoro panna nie była rozmowna. Co go to obchodzi, kto ją przykuł, może zasłużyła. Siedzieli na kamieniach, z mieszanką wyczerpania, załamania i obłędu w oczach. Przed nimi tafla wody mieniła się odbiciem świateł gwiazd, latarni Citadella i kutrów rybackich.
- W zasadzie…  - wymruczała nieśmiało - jest taki klasztor tu niedaleko. Tam w podziemiach... Eee, bo jak nie, to ja sama spróbuję, albo coś, eee.
- Hm? - Albert wpadł w melancholię sugerującą, że jest mu już wszystko jedno.
- Bo tam może być... Ines - wydusiła z niemałym trudem.
- Ines? - powtórzył zdezorientowany, nie odrywając wzroku od mew walczących o miejsce na wąskim kamieniu nad samym brzegiem. Zapanowała obustronna konsternacja. - No dobra, nie mam butów, ale jedźmy.
- Tylko może - teraz już szeptała - może weźmy ten kamień. Albo coś innego... ostrego. Może się przydać.


2 komentarze:

  1. wow!!! - Czarny kryminał Chandlera, ostro podlany alkoholem w pejzażach Włoskiego południa. Sam tamtędy podróżowałem - doceniam scenografię. Widać italiańskie wojaże zadziałały inspirująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, aha - dokładnie tak :>
      Będzie więcej ;)

      Usuń