wtorek, 14 marca 2017

Lea cz. 2 - Autogrill

- Ile jeszcze twoich poprzykuwanych w różnych miejscach koleżanek mam zgarnąć? - zapytał, ale sam do końca nie wiedział, czy chce znać odpowiedź na to dziwne pytanie, w tej dziwnej sytuacji i jeszcze dziwniejszym dniu, a raczej, już w zasadzie, nocy.
Przeprosiła. Albert zadał jeszcze kilka pytań, jednak Lea nie odpowiedziała na żadne, choć cały czas przepraszała. Nie mówiła za co, ale przepraszała, prewencyjnie. Wyglądała marnie. Co prawda była piekielnie ładna, miała na sobie tylko bieliznę i przerżnięte kamieniem na pół kajdanki na obu nadgarstkach, ale pomimo tego minimalizmu wyglądała marnie. Na stacji Albert, a w zasadzie Albeeeertooo! (jak go powitano od wejścia) miał już, jak widać, serdecznego przyjaciela - Luigi zdaje się, który albo desperacko szukał kolegów, albo po prostu był aż tak przyjacielski i wylewny. Lea poczłapała za nim. Chyba była czymś lekko odurzona, albo wyjątkowo nieusłuchana, bo kazał jej czekać, a ona przylazła pomimo to, robiąc małe zamieszanie w spojrzeniach wszystkich. Przeprosiła.
 


          Z jednej strony lady, we włoskim, przydrożnym Autogrillu, gdzieś daleko na południu, stał wesoły i wyjątkowo gadatliwy kelner, trzymający w ręce skonfiskowane, zagubione dokumenty i pieniądze, zadowolony z zaistniałej sytuacji i ogólnie z życia. Z drugiej zaś strony stał zdradzony i oszukany, bosy, dosłownie i w przenośni, lekko przepity Albert i blondwłosa dziewczyna w samej bieliźnie, poniszczonych kajdanach i z wyrazem twarzy sugerującym, że przeprasza, że żyje. Zamówili jakieś włoskie, słodkie bułeczko - rogaliki, wiadro kawy i usiedli przy stoliku w samym kącie, za regałem z felgami i napojami gazowanymi, gdzie, jak radził Luigi, będą najmniej widoczni. Albert dowiedział się, że dziewczyna pamięta jak przez mgłę kościół, ogromny, miejscowość się nazywa Paola, a klasztor Santuario di San Francesco. Ines powinna być gdzieś w piwnicach, muszą się cofnąć na południe, najlepiej szybko, bo ona jest w ciąży, a raczej wczoraj jeszcze była. Nic więcej nie powie, bo to wszystko tajne przez poufne, ona z nikim nie rozmawiała od miesięcy i ona nie wie, nie umie, nie rozumie, przeprasza i po co ją uwalniał, mogła tam zdechnąć i tak ją zabiją. I jego pewnie też i to nie będzie przyjemne bynajmniej i humanitarne tym bardziej. Viagra calabrese w dupie albo coś. To akurat Alberta zainteresowało, ale dialog przerwał Luigi, który postanowił być przyjacielem aktywnym.
- Mio amore! Mam ubrania, dla was, vestiti, prego, prego. Lea, donna nie móc chodzić tak - wskazał ruchem głowy mniej więcej w kierunku koronkowego biustonosza, w którego jakby dobrze się wpatrzyć, to można by dostrzec sutki - italiani sono i vincitori! Vincitori! Goła kobieta być niebezpieczna tu - uniósł znacząco brwi i wybałuszył oczy, które uśmiechały się jeszcze szerzej niż usta.
- Chyba być "w" niebezpieczeństwie - pozwolił sobie skorygować Albert. - Ty, vincitori, włoski zdobywco, nie bajeruj, Imperium Romanum to zamknięta sprawa pomimo, że nie bardzo chcecie zaakceptować tą myśl. Lea sobie nieźle radzi, póki co, za ubrania oczywiście dzięki, zapłacę za wszystko. A powiedz mi jeszcze, co to jest viagra calabrese?
- Aaaa - Luigi się rozpromienił - viagra calabrese! Taka papryczka, ostra jak diabli, kupisz na bazar, mercato, w Tropea najlepsze.

 
         Po kolejnych dwudziestu minutach, podczas których Luigi opowiedział do jakich dań najlepsze są diabelskie papryczki z Calabrii, następnie przebrnął z grubsza przez najsmaczniejsze i najpopularniejsze rodzaje potraw na bazie kluchów (z żarcia powstałeś, w żarcie się obrócisz), po czym zbulwersował się potężnie na samo wspomnienie określenia “spaghetti bolognese”, bo najoczywistszą oczywistością dla każdego szanującego się Włocha (i nie szanującego się także) jest, że do bolognese to tylko tagliatelle, i co to za zakłamana fama poszła w świat, że spaghetti, żesz no. Wspomniał coś o winach i rybach, odmówił pieniędzy za łaszki i w końcu, przyciągnięty wzrokiem starszej pani w kapeluszu i złocie, subtelnie i zalotnie stukającej portmonetką o ladę, wrócił do swoich obowiązków. Choć w zasadzie jego głównym zadaniem było chyba eksponowanie komunikatywności i przyjemnej aparycji, gdyż nie minęło cztery minuty, a już debatował o czymś zawzięcie, z dojrzałą, acz wymuskaną klientką.
- Kto to “ONI”, mów! - Albert wrócił myślami, i słowami,  na ziemię, usiłując w tym samym momencie założyć buta pod stolikiem. - Mów, do kurwy nędzy, kto przykuł ciebie na plaży, jakąś cipcię w ciąży w sanktuarium i kto mi za to wsadzi papryczkę w dupę! Kto!?
- Przepraszam - wybąkała i spuściła wzrok.
- Nie no, ty jesteś jakaś nawiedzona. Idziemy! Andiamo! - dopił kawę, odsunął z łoskotem krzesło i poszedł w kierunku wyjścia, nie oglądając się za siebie. Lea, ubrana teraz w co najmniej dwukrotnie za duży sweter i całkiem nowe i, o dziwo, idealnie pasujące tenisówki, poczłapała za nim.

2 komentarze:

  1. Przyjemnie się czyta, delikatna nuta "Złego" Tyrmanda...
    Ps. nadziałem się na te włoskie papryczki, co prawda oralne nie analnie ale i tak piekło jak tylko piec może zadek homoseksualistę cierpiącego na hemoroidy ;)

    OdpowiedzUsuń