piątek, 31 marca 2017

Lea. cz 9 - Wdzięczność

- Albert! Gdzie ty jesteś!? Tu wszyscy cię szukają! Jej znaczy, ciebie, jej, was! - Luigi próbował zapanować nad drżącym głosem.
- Kto nas szuka? - Albert chodził od ściany do ściany w poszukiwaniu najlepszego zasięgu.
- No, wszyscy! Jakiś carabinieri brodaty, potem jakiś nadziany, błękitnooki, nieprzyjemny typ. Ledwo się go pozbyłem. Santa Madonna!
Lea patrzyła z niepokojem jak Albert nerwowo rozmawia przez telefon, od czasu do czasu wściekle na nią spoglądając.
- I co im powiedziałeś?
- Prawdę! Czyli, że nie mam pojęcia gdzie jesteście, że mam tu setki klientów i skąd ja mam wiedzieć. Od rana cała Paola i wszystkie okoliczne pipidówy aż huczą o tym morderstwie, nikt o niczym innym nie mówi. Orrore!
- Ja pierdole... - Albert przetrawiał tą informację jeszcze przez kilka sekund.




- Ktoś doniósł, że donna w bieliźnie i kajdankach kręciła się tu, w Autogrillu, czyli u mnie! Stąd wiedział policjant, wiedział też, że była z tobą i że rozmawialiście per un momento ze mną. Mio Dio...
- Spokojnie, a ten drugi facet?
- A to nie wiem, nie mam pojęcia skąd ten blondyn wiedział. W każdym razie, ja mu powiedziałem, że nie wiem w ogóle o co chodzi. Non lo so, non capisco, non ho idea, non, non, non!
- No i co?
- Nie bardzo chciał wyjść, miał dwumetrowego kierowcę, grande uomo, wyglądał jak recydywa, podejrzałem przez okno!
- Twój mąż jest blondynem? - Tym razem Albert zwrócił się do Lei, zakrywając słuchawkę drugą ręką. Pokiwała potwierdzająco głową. - Luigi, ten facet to jej mąż, on jest jakiś niepoczytalny. My jesteśmy w...
- Basta! Nie mów! Ja nie chcę wiedzieć! Non voglio, ho paura! Ja się boję, człowieku, ej!
- Okej - Albert wyhamował galopujące myśli - przepraszam cię, nie będę cię mieszał w to gówno.
- Nie! - Luigi zmienił zdanie. - Siamo amici! Jesteśmy przyjaciółmi! Ja pomogę! Co mam robić?
- Nic, nie wiem, nic, na razie nic. Dzwoń, jakby ktoś jeszcze pytał.

                                                                           *     *     *

       Albert postanowił nabrać dystansu. W końcu, poza drobnym niedopowiedzeniem, nie zrobił niczego złego. Uwolnił, z niemałym zresztą trudem, kobietę przykutą do barierki na wybrzeżu, która pewnie zdechła by tam prędzej czy później, bo miejsce było rzadko uczęszczane. Chciał uratować drugą, ale nie zdążył na czas. Nie zdążył też zgłosić tego na policję, zanim zrobił to ktoś inny, bo nie mógł się dogadać z Leą. No kurwa mać. Przez to wszystko na moment zapomniał o Evie, jeden plus. Choć w perspektywie spędzenia reszty życia w pierdlu, jako ofiara przypadku wrobiona w wyrachowany mord, to chyba już wolał ubolewania nad puszczalską żoną. Musi zebrać myśli, opracować strategię działania, wytrzeźwieć. Koniec z piciem! Przynajmniej na razie... Póki ma desperackie zapotrzebowanie na otwarty i błyskotliwy umysł. Jeszcze ten biedny Luigi, ofiara przypadku numer dwa. Szlag by to!
Lea tymczasem całe popołudnie kręciła się wokół niego, grzecznie, słodko i zachowawczo, przynosząc co rusz to jakieś jedzenie, gazetki, kawkę, herbatę, drinka, papieroska, zapalniczkę, popielniczkę, piersióweczkę i inne “preteksty”, żeby porozmawiać, lub choćby pobyć razem. Jakiś instynkt jej się włączył, myślał, weszła w rolę jego, eee, kogoś. Może coś chciała, przeprosić, poprosić, wrobić w następną gównianą sytuację, czy coś. Aż w końcu nastał wieczór i Albert z poziomem psychicznego wyczerpania sięgającym zenitu, zamknął drzwi od pokoju, sprawdził je cztery razy, klucz schował pod swoją poduszkę, telefon położył obok szklanki wody, elegancko, na nocnej szafce i padł na łóżko. Myślał, myślał, wstał. Wygrzebał z dna torby ładowarkę, podłączył telefon, żeby rano był gotowy, tak na wszelki wypadek. Wyciągnął jeszcze kluczyki od samochodu z tylnej kieszeni spodni i też włożył pod poduszkę. Zerknął na Leę, która kursowała pomiędzy łazienką, a swoją walizką, czesała włosy, przebierała piżamki, zmywała coś z twarzy, nakładała coś na twarz, jednym słowem - cudowała. Ile ona tego po drodze nakupiła?, przemknęło mu przez myśl. W końcu położył się i już po kilku sekundach poczuł, że nadchodzi sen, co ucieszyło go niezmiernie, obawiał się bowiem bezsennej nocy.
Nie wiedział nawet ile czasu minęło, odkąd zasnął, ale jak widać nie dane mu było rozkoszować się snem sprawiedliwego, bo jego oczy otworzyły się z prędkością migawki w aparacie. Coś przywarło do jego szyi niczym spragniona pijawka i dotykało go mackami po całym ciele. Zanim zdążył się zdenerwować kolejnym “potwornym” snem, lub nocnym napadem, zorientował się, że to Lea z zalotnym uśmiechem, wije się obok wyczyniając piruety językiem głęboko w jego uchu.
- Ej, co ci? Weź idź spać dziewcz.. - Nie zdążył dokończyć, bo ta, jak widać nadal wdzięczna blondynka, zanurkowała głową pod kołdrę i Albert pomimo, że nie mógł się zdecydować czy to dobry pomysł, to jednak już po kilku sekundach uznał, że co jak co, ale trochę relaksu mu się należy. To był przecież bardzo ciężki dzień.


6 komentarzy:

  1. Hmmm ja tam był bym zimny jak nieufny... Marlow by też był... gdyby nie był wymyślony ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, w niektórych sytuacjach trudno zachować obiektywizm :)

      Usuń
  2. Szczególnie gdy sytuacja wymaga by "stanąć na wysokości zadania" ;-)
    Choć Rick Deckard z łowcy androidów jednak usnął ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moi bohaterowie nie będą spać w takich sytuacjach, o nie! :D

      Usuń
    2. A wiesz że niedospanie wzmaga w mężczyznach popęd? Niestety działa podobnie do alkocholu utrudnia finał... Miej więc ciut litości nad swoim bohaterem ;)

      Usuń
  3. Reżyseria ;-)

    OdpowiedzUsuń