piątek, 31 marca 2017

Lea cz. 8 - Luigi i goście

       Zza zakrętu po raz kolejny wyłonił się tunel, zalewając wnętrze samochodu ciemnością, przerywaną regularnie połyskującymi światłami. Lancia ciągnęła ile fabryka dała. Albert coraz mocniej zaciskał mokre dłonie na kierownicy. Rozładowywał napięcie cisnąc gaz i co rusz pogłaśniając muzykę, aż poczuł jak bębniące szaleńczo rytmy zagłuszają jego myśli. Niepewny wzrok Lei krążył pomiędzy drogą, licznikiem i wyrazem jego twarzy. Chciała coś powiedzieć, wiedziała jednak, że ją uciszy. Próbowała już kilkukrotnie w ciągu ostatniej godziny, ale za każdym razem kazał jej się zamknąć. Chciała podziękować, że po nią wrócił, opowiedzieć o mężu, o Ines, o sobie, i przede wszystkim odpowiedzieć na każde jego pytanie. Tylko, że on nie chciał już słuchać.




      Luigi prowadził zacięte negocjacje z przedstawicielem handlowym firmy Azzurro Mondo, sprzedającej wszystko co niebieskie i przydatne na stacji. Płyny hamulcowe, do sprywskiwaczy, chłodnic, picia, izotoniki, batoniki, makaroniki. Był w swoim żywiole, odwracając role i przejmując pełną kontrolę nad rozmową. Handlarz był już skłonny zwiększyć rabat, dorzucić gratis niebieskie chipsy i dwa potykacze z zawieszkami na chusteczki nawilżające (dla dziesiątek osób, które oblewają sobie ręce benzyną), kiedy drzwi się otworzyły i wkroczył  wysoki, ciemnowłosy, na oko pięćdziesięcioletni facet, z brodą i przenikliwym wzrokiem. Błysnął w przelocie odznaką, którą po kilku sekundach schował w kieszeni cywilnego ubrania. Luigi wyprostował się zza lady.

                                                                *     *     *


      Lea stała obok samochodu, rozglądając się z zachwytem po okolicy, podczas gdy Albert załatwiał formalności w recepcji kameralnego hoteliku. Góry Sila znajdują się w sercu Kalabrii, w środku stałego lądu, odbiegając krajobrazami od egzotycznych klimatów wybrzeża. Cisza, spokój, sielanka - lasy, jeziora, wzniesienia - refleksje, wyciszenie, kontemplacja. Zimą stanowią raj dla narciarzy, latem dają schronienie, gdy ktoś pragnie odpocząć od betonowo - kamiennego upału. Po kilku minutach byli już w pokoju, Albert postawił bagaże tuż obok łóżka - po drodze skompletowali wszystko, co poza jedzeniem, jest potrzebne ludziom do, w miarę komfortowej, egzystencji. Ubrania, buty, szczoteczka do zębów i inne pierdoły. Lea wyszła na obszerny balkon, na którym wiklinowe fotele pokryte były miękkimi poduchami, a pomiędzy nimi wielkie donice z roślinami, stolik z leśną dekoracją z szyszek i poustawiane w kątach świece różnej wielkości, tworzyły wystrój zachęcający do odpoczynku i beztroski. Tymczasem ani ona, ani jej towarzysz, nie bardzo pamiętali już co to słowo znaczy. Albert odpalił papierosa i włączył telewizor, przełączając nerwowo kanały w poszukiwaniu informacji i międzyczasie nalewając sobie alkohol z pierwszej z brzegu butelki, jaką wygrzebał z rustykalnego barku.
- Chyba będzie padać - Lea spojrzała na kotłujące się nad horyzontem burzowe cumulonimbusy, po czym weszła do środka i kucnęła obok fotela, na którym siedział, próbując zwrócić na siebie uwagę, delikatnie muskała jego kolana. - Posłuchaj mnie, proszę cię. Chcę wszystko opowiedzieć, po prostu nie ufałam ci wcześniej, ale jak wróciłeś...
- Ani pół słowa więcej - Spojrzał na nią ze złością - nie chcę nic wiedzieć! Nic! Im mniej wiem o twoim popieprzonym świecie, tym lepiej dla mnie.
- No chyba nie do końca - Próbowała pociągnąć rozmowę najmilszym i najsłodszym głosem, jakim tylko potrafiła.
- Daj mi spokój - Albert odburknął i przełączył kanał. Zrezygnowana poczłapała z powrotem na balkon.

                                                                       *     *     *

      Luigi ustawiał kołpaki w równym rządku, na swój sposób chronologicznie, biorąc pod uwagę ich rozmiary i kolorystykę. Co kilka minut zaglądał za ladę, gdzie w trzech miseczkach miał porozkładane jedzenie, a dokładnie lazanię, ciasto brzoskwiniowe i caprese, które przekąszał ze smakiem przyglądając się symetrii ułożenia różnych przedmiotów na półkach. Tak, bywał momentami pedantyczny, owszem, lubił harmonię. Korzystał z chwili spokoju, kiedy o dziwo przez stację nie przewalały się tłumy klientów i  jak tylko zdążył pomyśleć, jakiż to cudowny i błogi stan, otworzyły się drzwi i wszedł blondwłosy facet z błękitnymi oczami. Wyglądał jak chodząca reklama szkieł kontaktowych firmy Azzurro Mondo. Luigi w duchu przewrócił oczami. Pomimo, że zwykle był nadmiernie rozmowny, dziś miał ochotę odetchnąć od ludzi. Wystarczy, że tamten policjant przetrzepał go niczym rasowa nauczycielka matematyki. Wysilił się na uśmiech pytając w czym może pomóc, jednak wypachniony blondyn z zegarkiem za zapewne półroczną pensję przeciętnego Włocha z południa, zignorował to rzucając na ladę jakiś papier. Luigi zerknął i natychmiast poczuł, że krew w jego żyłach płynie, tak jakby, ciut szybciej.
- Zapytam raz - Blondyn wypowiadał każde słowo aż nazbyt wyraziście - gdzie.. - Spojrzał głęboko w oczy Luigi, który zerkał raz na swojego rozmówcę, raz na zdjęcie położone na ladzie, próbując zachować minę pokerzysty - gdzie... ona... jest!?

1 komentarz:

  1. Zdjęcie już widziałem - zajebisty pomysł i wykonanie! Przekaż to autorowi!

    Akcja się zagęszcza

    OdpowiedzUsuń