czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 7 - Wiadomości

- Opcje mamy dwie - Albert z łokciami opartymi na kolanach, siedział na skraju łóżka, obracając w palcach kluczyki od samochodu - albo idziemy na policję i wszystko im opowiesz - patrzył przenikliwie w oczy Lei, która słuchała ze skruszoną miną i jadła międzyczasie z takim zapałem, jakby wieki nie miała nic w ustach - albo ja wyjeżdżam, a ty rób co chcesz. - Zatrzymała widelec w połowie drogi i spojrzała wzrokiem skarconego psa. Albert miał minę pokerzysty.
- Widzisz, bo… - zaczęła z wielkim trudem - mój mąż, eee…
- O, męża masz, milutko - Albert pokiwał znacząco głową i łyknął swojej, już chyba ulubionej, grappy.
- Ty tak jeździsz po pijaku?
- Nie zmieniaj tematu. I nie interesuj się. Mów!


- Byłam na policji, opowiedziałam o jego… o wszystkim co powinnam. Wszystko im powiedziałam, Albert, trzy dni temu - Lea chyba w końcu ciut się otworzyła, to raz, i zalała się łzami, to dwa.
- No i co? - Albert świdrował wzrokiem w jej, pełnej emocji, przyjemnej buźce.
- Nic. Pojechałam do matki, uciekłam, zastałam podłogę w kuchni całą w wymiocinach, syf, malarię i ją półprzytomną. Pijaną jak zawsze, jak całe życie! Nienawidzę alkoholików! - wrzeszczała przez łzy, chowając twarz w dłoniach. Albert spojrzał na butelkę, którą ściskał w ręce, przez ułamek sekundy nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Odłożył ją więc na podłogę, chrząknął, powiercił się w miejscu i słuchał dalej.
- Przyjechał za mną, po mnie - w ogólnej rozpaczy Lea miała problem sklecić jedno sensowne zdanie -  z raportem w ręce, z notatką, którą pisał tamten carabinieri, już wiedział... I za to mnie wywiózł na tą plażę, ja nie wiem jakie on ma znajomości i gdzie, Albert. To są małe miejscowości... On nie jest poczytalny.
- Zrobił coś twojej matce?
- A skąd, przywiózł jej trzy mocne, polskie wódki, żeby chlała dalej - Lea znowu wybuchnęła płaczem.
- A twój ojciec?
- Nie żyje - teraz już wyła.
- A Ines? Za co? - pytał dalej - Sam? Sam ją zabił? - zaprzeczyła kręcąc głową i próbując się uspokoić. Zrobiła gest otwartą dłonią sugerujący, że dosyć już powiedziała, że już nie chce.
- Słuchaj, ja bym cię, eee, wziął, ale chwilowo jestem bezdomny. Żona mnie okradła, zdradziła, oszukała, generalnie, kaszana. Po powrocie muszę się zatrzymać kątem u córki, ona ma małe dziecko, no... nie ma warunków. To twój yyy... problem Lea, uwolniłem cię, nic więcej, tak jakby, nie mogę zrobić. Pokój masz opłacony do czternastej. - Zgarnął butelkę z ziemi, wstał i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Nie chciał, żeby to tak zabrzmiało, no ale zabrzmiało i trudno. Żadnych emocji, do żadnych kobiet. Nigdy więcej. Współczucia, czy czegoś. Uchowaj Boże!


      Wyszedł na tonącą w słońcu i kwiatach ulicę pełną ludzi. Spojrzał na stare kamienice, sznury z praniem w prawie każdym oknie, rozmawiających beztrosko przechodniów i zrobiło mu się trochę żal tego miejsca. Wsiadł do samochodu, na ułamek sekundy zamknął oczy i odetchnął ciężko. Zebrał myśli, po czym wysypał wszystkie fanty ze schowka na siedzenie pasażera. Pusta piersiówka, wyblakłe paragony, otwarta, stara jak świat paczka prezerwatyw, jakieś niepotrzebne papiery, zdjęcie z Evą i mapa. Tak jest, właśnie mapy szukał. Musi zgłosić to morderstwo, no bez przesady. Skoro małe komisariaty w okolicy zdają się być, przynajmniej częściowo, skorumpowane, to musi uderzyć w większe miejscowości, pomyślał. Cosenza jest głównym miastem prowincji. Może tam, myślał, to dość blisko, hm, albo Catanzano, to jednak stolica całego regionu, całej  Kalabrii. A jeśli powiedzą, że to nie ich jurysdykcja i żeby uderzać najpierw “niżej”? No chyba nie zignorują zgłoszenia o odnalezieniu zwłok? A jeśli Lea była właśnie w Cosenzie... Nie miał siły dusić z niej po pół zdania. Nie zna nazwisk, nie wie za bardzo, o co chodzi, musiałby też zasugerować, że jakiś carabinieri nie przyjął zeznania, że coś tu jest strasznie popieprzone. Nie wie nawet gdzie dokładnie ona to zgłosiła. W zasadzie nie wie też, czy mówi prawdę. Kurwa mać.
Włączył radio, z którego rozkrzyczany spiker, zdzierał gardło, zachęcając do odwiedzenia nowego supermercato, promocje, promocje, pasta, coś tam, frutti di mare, i tak dalej. Albert podjął decyzję. Postawił na Catanzano, pojedzie, opowie ile wie, zrzuci ciężar. Rzut oka na mapę, pojedzie osiemnastką, potem wbije się na A3, następnie… Myśl strategiczną przerwała mu informacja z radia, która mimochodem uderzyła w epicentrum jego rozważań. “Zwłoki młodej kobiety odnalezione przed godziną w grocie pokutnej Świętego Franciszka, w klasztorze w Paoli…” Albert podgłosił, odruchowo odłożył mapę, która zsunęła się pod fotel, a on wpatrywał się w radio, jakby był to co najmniej telewizor. “Siostra zakonna zauważyła zerwaną kłódkę od zejścia do groty, która notabene jest w remoncie. Drzwi były uchylone, jak mówi siostra, pod nimi leżała owa kłódka i, co ciekawe, kajdanki, a raczej dwie części pozostałe po, zapewne, kajdankach”. Albert wstrzymał oddech. “Siostra jest w szoku, obecnie pod opieką zakonnego psychologa. Na dole zastała martwą, od około dziewiętnastu godzin, młodą kobietę. Kobieta była w ciąży. Płód nie przeżył. Na miejscu carabinieri zbierają odciski palców.” Albert trzęsącą ręką desperacko odpalił papierosa, zapominając nawet o uchyleniu szyby. “Prace remontowe od trzech dni były przerwane, na czas urlopów, jak mówi brat Gustavo, i od tego czasu drzwi są zamknięte i wierni nie mają możliwości zwiedzać groty. To, jak twierdzi pułkownik dowodzący, signor Cesare Ruggiero, zawęża krąg podejrzanych. O dalszym postępowaniu będziemy informować na bieżąco. Z Paoli, mówiła dla państwa, Marina Rossi”.
- Udusi się pan w tym aucie - powiedział starszy facet pukając w szybę. Albert uchylił drzwi, uwalniając dym, spojrzał na Włocha niewidzącym wzrokiem, poczuł, że robi mu się niedobrze.

4 komentarze:

  1. W sumie takie pozostawione "obrączki" to dobry dowód na działanie w silnym sranie emocjonalnym, który wyklucza sprawstwo, rak przemyślanej zbrodni... no ale oczywiście interpretacja dowodów to kwestia policji, prokuratury i "niezawisłych" (jeszcze nikr sędziów nje wiesza, choć nieraz aż się prosi) sądów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze poodbijane paluchy, tak czy siak, sytuacja stresogenna :D

      Usuń
  2. sorry za pisownię - trzaskałem na androidzie a to bydle czasami "wie lepiej' co ja chciałem napisać.

    A swoją droga gdzie on się nauczył otwierać kajdanki? Bop ona to jedna wielka zagadka więc etymologię jej umiejętności możemy sobie darować... na jakiś czas.

    OdpowiedzUsuń