czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 6 - Hipotezy

- Ciao! Musimy pogadać! - Albert był dziś tak stanowczy i zdeterminowany, jaki nie był w ciągu całego małżeństwa z Evą - Chodź! - złapał Luigi za łokieć i prawie siłą zaciągnął go na zaplecze.
- Albeeerto! Szósta rano! Ty nie sypiasz?
- A ty? Mieszkasz w pracy? - zatrzasnął drzwi od magazynku, potykając się o pudła z makaronem. - Nieważne. Słuchaj, widziałeś tą dziewczynę wczoraj? Tą blondynkę, która była ze mną? Widziałeś jak była ubrana? Widziałeś co miała na rękach? Widziałeś?
- Si, Alberto, ho visto - potwierdził, poprawiając konstrukcję z pudeł, zgrzewek i opon.
- Świetnie, to posłuchaj….
Pół godziny później Luigi wiedział już w jakich okolicznościach pojawiła się Lea, wiedział o Ines i wiedział o dziwnym, rudym psie. Parzył kawę i wcale nie wyglądał na zszokowanego.
- Może mafia jakaś? - Albert próbował wejść w ten umysł przestępczy, złożony. Poruszyć szare komórki niczym Herkules Poirot. Łyknął kawy. - Macie tu pewnie mafie we Włoszech, co nie?
- Naturalmente! Alberto, mafii ci u nas dostatek. - Luigi uniósł znacząco brwi i kiwał przytakująco głową. - Kalabryjska, sycylijska, neapolitańska, do wyboru, do koloru. Neapol tonie w śmieciach, bo Camorra przejęła biznes utylizacji odpadów. Rozumiesz? Zwożą śmieci z całej Kampanii, upychają pod Wezuwiuszem, che cazzo!
- Hm… - Albert łyknął kawy.
- Hm… - Luigi łyknął kawy.
Zapanowała cisza, a panowie pogrążyli się we własnych myślach.



       Lea leniwie otworzyła granatowe, opuchnięte od nocnego płaczu, oczy. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu, w którym, z czego zdała sobie sprawę, była sama. Na stole leżał kawałek, wydartej niedbale z notatnika, kartki, a na niej kilka słów, żeby nigdzie się nie ruszała, że “w razie czego dzwoń, numer taki i taki, będę za dwie godziny, zjedz coś, Albert”. Usiadła na krześle, zacisnęła obie dłonie w pięści, dotykając nimi czoła, zamknęła oczy i zaczęła szeptać. Z każdym zdaniem zwiększała tempo. Wyrzucała z siebie słowa coraz szybciej i szybciej.
Na ulicy budził się dzień. Włosi idący niespiesznie do pracy, pili po drodze kawę i zajadali rogaliki, pozdrawiali się nawzajem, wymieniali uprzejmości, uśmiechali się i rozmawiali. “Che confusione, sara perche ti amo, e' un'emozione, che cresce piano piano” - wesołe dźwięki piosenki wpadały przez otwarte okno, z tętniącej życiem restauracyjki na dole. Lea szeptała zawzięcie, mocno przyciskając pięści do czoła i bujając się w przód i w tył. “E vola vola si sa, sempre piu in alto si va, e vola vola con me” - kilku Włochów wtórowało melodii z radia, tuż pod balkonem.
- Proszę, powiedz mi, proszę... - szeptała Lea, otwierając oczy, których kolor był bardziej błękitny niż dotychczas. Firanka powiewała rytmicznie, poruszona ciepłym, porannym powietrzem, Lea bujała się chaotycznie na krześle, niczym pijana nastolatka, Włosi zawodzili już na całe gardło “CHE CONNNNFUUSIOONE, SAAARA PEEERCHEE TI AAAAMO”, Lea otwierała i zamykała oczy, “ciao Gregorio” krzyknął ktoś na ulicy, gdzieś trzasnęły drzwi od samochodu, gdzieś rozległ się dźwięk tłuczonej filiżanki, gdzieś zaszczekał pies. Ktoś zapukał do drzwi.
Lea wróciła wzrokiem do rzeczywistości, rozluźniła pięści i zobaczyła po wewnętrznej stronie dłoni ślady krwi od wbitych mocno paznokci. Wytarła je w tył swetra i podeszła otworzyć.
- Buongiorno - po drugiej stronie stał kelner, trzymający tacę z jedzeniem w rękach. - Signor  Alberto zamówił colazione, per te.
- Śniadanie dla mnie? Grazie...

                                                                            *         *          *

 - Tutaj też inne conflitti są częste - Luigi snuł kolejne hipotezy. - Rodzinne… Famiglia! Rzecz święta. Tamta donna nie żyje, pewnie dlatego, że zaszła w ciążę.
- Głupiś! - Albert zajadał się czekoladowymi ciasteczkami, w duchu nie mogąc nadziwić się, jak wszyscy chłoną tu słodycze na śniadanie. - Przecież od ciąży się nie umiera. Nie zawsze przynajmniej...
 - Albert, stupido, może ragazza poszła w tango! Za-cią-ży-łaaa i ją, hm, mąż, narzeczony, facet za-ciu-kał. Albo była dziwką. I ją eeee… wywalili z roboty. Hehehe.
- Ale masz wyobraźnię.
- No co? Może generowała grande profity. A z brzuchem, tak jakby, wypadła z branży. Hehehe.
- Zaraz mi powiesz, że vendetta, albo inne porachunki.
- Alberto, jesteś w Italia, nie zapominaj, kraju o-błęd-ne-go jedzenia, aromatycznej caffe, pięknych kobiet, namiętnego seksu i bello krajobrazy. - Luigi wyliczał rytmicznie i z niegasnącą radością na twarzy. - Słońce, upał, tem-pe-ra-ment!
Albert uśmiechnął się serdecznie. Cieszył się, że poznał tego wesołego Włocha, zwłaszcza w tak gównianym momencie swojego życia.
- Daj mi jeszcze grappę na wynos i jadę zobaczyć czy moje, blondwłose grande problema, nie zdążyła zwiać.


2 komentarze: