czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 5 - Pies

       Skąpana w nocnym mroku, kamienista plaża w San Lucido, pomimo trzeciej nad ranem, wciąż była nagrzana i zdawała się parować upałem poprzedniego dnia. Lea siedziała na ziemi, obejmując ciasno swoje podkulone nogi, bujając się leciutko w przód i w tył i co jakiś czas wysmarkując opuchnięty nos w chusteczkę. Albert robił to co zawsze - pił i palił. Poza tym, w tej chwili dodatkowo chodził w te i z powrotem wzdłuż wybrzeża i próbował nie eksplodować złością na szlochającą koleżankę obok. Miał dość tajemnic i tego, że pomimo całej powagi sytuacji, nie mógł wydusić z niej niczego sensownego. Lea w samochodzie dostała ataku histerii, ale wlał w nią, częściowo po dobroci, częściowo siłą, sporą ilość martini i jakby się polepszyło. Zastanawiał się teraz, już nawet nie nad tym kto zabił, bądź przyczynił się do śmierci tamtej dziewczyny, a gryzło go, że ją tam zostawili, tak po prostu... Odwrócili się na pięcie, w szoku wsiedli do samochodu i pojechali przed siebie, aż tutaj. O pozostawionych odciskach palców nawet nie chciał myśleć.


- Czemu nie krzyczałaś, wtedy, na tej plaży? - to pytanie uderzyło jak błyskawica. Wydawało mu się teraz takie oczywiste, a wcześniej jakoś nie przyszło do głowy.
- Dali mi coś - odparła na granicy szeptu - nie wiem co, świadomość wracała od czasu do czasu, ale w pobliżu nie było żywej duszy. Tylko ten rudy pies... - oparła policzek o kolana i jeszcze ciaśniej objęła własne nogi.
- Rudy pies?
- Nom, mówił do mnie, różne rzeczy, o przeznaczeniu, o reinkarnacji i, że najbardziej kochał latać.
- Faktycznie ci coś dali - Albert z niesmakiem zmarszczył brwi, jakby ktoś zaproponował mu zmianę pampersa cudzego dziecka.
- Był prawdziwy! - co jak co, ale upieranie się przy niedorzecznościach wychodziło jej najlepiej. - Umiem rozpoznać rzeczywistość od…, od odurzenia. Poza tym, to nie pierwszy raz...
- A przestań! - nie wytrzymał. - Pierdolisz farmazony od samego początku, a jak pytam kto wam to zrobił, to nie chcesz puścić pary z ust! Na chuj ja cię spotkałem?! Na chuj?! - teraz już wrzeszczał tak głośno, że dwie drzemiące mewy zerwały się z kamienia nad samym brzegiem.
- Przepraszam cię, przepraszam Albert, przepraszam - Lea spojrzała tymi granatowymi, zapłakanymi oczami w jego wściekłe i zmęczone, brązowe oczy - trzeba było mnie tam zost...
- Ja mam sumienie wyobraź sobie - przerwał jej w pół słowa - wyobraź sobie, że czasem się uaktywnia! Niech teraz ten twój Francesco wskrzesi Ines, mądralo!
- Nie bluźnij...
- Będę mówił, co będę chciał.  Wpakowałaś mnie w jakieś straszne gówno po same uszy!
Zamilkli oboje. Zupełna ciemność ustępowała miejsca szarówce, po to, aby w ciągu następnych dwóch godzin rozbłysnąć światłem słońca wschodzącego nad San Lucido. Cokolwiek dalej z tym zrobią, muszą się przespać.


                                                                              *     *     *

- Mezzo stella albergo - przeczytali unisono napis nad drzwiami całkiem klimatycznego budynku.
- Mezzo stella, mezzo stella, mez... - głośno myślał Albert.
- Półgwiazdkowy hotel - oświeciła go Lea, znawczyni włoskich zakamarków, świętych, mrocznych grot, kameralnych hotelików i innych parceli.
Trafił im się ostatni wolny pokój wyposażony w krzesło, stolik, wąskie łóżko, na oko nie wart nawet ćwierć gwiazdki. Kupili po drodze trochę jedzenia w nocnym sklepie, jednak obydwoje jakoś nie grzeszyli rozbuchanym apetytem. Ona usiadła niepewnie na brzegu łóżka, nie bardzo wiedząc co ma ze sobą zrobić, podczas gdy Albert z impetem i wyraźną ulgą rzucił się plecami na pościel i wlepił wzrok w sufit. Przez wąskie, a zarazem wysokie okno balkonowe, wpadało rześkie, letnie powietrze. Koronkowa firanka powiewała momentami prawie pod sufit, zwiewnie i z gracją.
- Śpij, nie bój się. Odechciało mi się.
- Co?
- Odechciało mi się wszystkiego, czego mi się chciało, więc się ciesz i śpij.
Lea zsunęła tenisówki i położyła się sztywno, bokiem, na samym brzegu materaca. Albert już otwierał usta, żeby powiedzieć, że nie jest trędowaty, że nie ma ochoty dotykać nawet palcem płaczącej, rozhisteryzowanej i skrajnie dziwnej panny, albo po prostu, że spadnie z tego łóżka, ale w rezultacie wzruszył tylko obojętnie ramionami. A niech leci, pomyślał, będzie więcej miejsca dla niego.


       Szedł plażą pełną tureckich handlarzy i włoskich kelnerów, z których każdy w obu rękach trzymał talerz z gorącym daniem. Było mu okropnie gorąco, kiedy usłyszał znajomy, kobiecy głos. Zaczął iść w jego kierunku. Kamyki gniotły go w bose stopy. Dźwięk był coraz wyraźniejszy, wyczuł w nim nutkę przerażenia, przyspieszył więc kroku. Po kolejnej chwili słyszał już wyraźnie, kobieta krzyczała, błagała o pomoc, on biegł ile sił w nogach, z każdym krokiem zostawiając za sobą ślady krwi z poranionych stóp. Za kolejnym urwiskiem skał skręcił w lewo i wpadł w tłum tańczących nagich ludzi. Próbował biec dalej, ale setki rąk próbowały go przechwycić. Głowę rozdzierał przeraźliwy krzyk, już poznawał ten głos. To była Eva. Kurwa mać, co ona tutaj… Nie miał czasu dokończyć tej myśli, oganiał się od nagich istot dotąd, aż w końcu wyrwał się z falującego tłumu. Kolejny zakręt i bingo! Zobaczył ją, miłość jego życia, wisiała splątana ogromnymi łańcuchami do skał, jakiś metr nad ziemią, a pod nią blondwłosa dziewczyna, w zbyt dużym swetrze i tenisówkach, trzymała w rękach, wyciągniętych wysoko nad głową, biały krzyż. Poczuł, że jest mu niedobrze. Stanął jak wryty i w tym momencie ciepła dłoń dotknęła jego ramienia. Odwrócił zdumiony głowę.
- Chcesz specjał południa? Prego, prego! - powiedział uśmiechnięty Luigi, trzymający w ręku deskę z pokrojoną, włoską, na oko wysuszoną i ostrą, kiełbasą.
Albert zerwał się do pozycji siedzącej. Pot spływał mu po skroni, a klatka piersiową falowała jak szalona. 
- Sen… - szepnął sam do siebie, uspokajając myśli.
       Chciał wstać i pójść do łazienki, ale musiał najpierw uwolnić się z objęć Lei, która kurczowo trzymała go w pasie, śpiąc głębokim i spokojnym snem, niczym mała dziewczynka. Uśmiechnął się w duchu na ten widok, przesunął ją delikatnie i poszedł, najpierw do łazienki, potem odsuwając nadal powiewająca firankę, wyszedł na balkon. Było po piątej, cudowny świt, delikatne słońce oświetlało wąskie, włoskie uliczki. Pachniało kwiatami i jedzeniem. Tutaj o każdej porze dnia i nocy pachnie jedzeniem, i kawą, i seksem, i morzem. Do ust włożył papierosa, wyciągnął zapalniczkę, charakterystyczny “pyk” i płomień już tańczył przed jego nosem. Zaciągnął się, raz, drugi, trzeci i poczuł przyjemne rozluźnienie. Oparł ramiona na barierce i rozglądał się po okolicy, a zarazem próbował nie myśleć o niczym, co wydarzyło się poprzedniej doby. Spojrzał na przepiękną restauracyjkę po prawej, której stoliki ze starego drewna idealnie wkomponowały się w ogród pełen białych, zielonych i czerwonych roślin i kwiatów, tworząc namiastki włoskich flag. Spojrzał leniwie w drugą stronę i coś przykuło jego uwagę na tyle, że wyprostował się odruchowo. Tuż pod jego balkonem, na chodniku, po lewej stronie, stał rudy pies. Wpatrzony był dokładnie w Alberta, a ten w niego. Po kilku sekundach, pies nie odrywając wzroku, usiadł na chodniku. Albert dopalił w pośpiechu papierosa, i zniknął za firanką hotelowego pokoju. Spojrzał na Leę, poszedł do łazienki, przemył twarz zimną wodą i wyszedł jeszcze raz na balkon. Psa już nie było w tym miejscu, ale w oddali, na samym końcu uliczki, mignął mu jedynie rudy ogon, znikający za rogiem. Albert stał tak jeszcze kilka minut, próbując zrozumieć, po czym odpalił kolejnego papierosa.



2 komentarze:

  1. U Łysiaka kiedyś też był wątekmz psem (nawet dwa ale w różnych tekstach) jako nosicielem swoistej nemesis... choć to w sumie bardziej greckie niż włoskie klimaty.
    Ale pomysł wydaje się świetny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam taką chęć połączyć kilka pomysłów w jeden, ale czy mi się uda... :)

      Usuń