czwartek, 30 marca 2017

Lea. cz. 4 - Grota

Albert przyjrzał się dokładnie budowli, której plan, z jego perspektywy, wyglądał jak duże L. Front był pokaźny, ozdobiony kolumnami, łukami i posągami, całość w beżowych, jasnych kolorach. Na schodach stały donice z roślinami, a wszystko klimatycznie oświetlone latarenkami. Boczne skrzydło natomiast, na oko trzypiętrowe, charakteryzowała symetria, dziewięć drewnianych, półowalnych drzwi, w systematycznych odstępach, a pomiędzy nimi jednakowe okienka.
- Zacznijmy jeszcze raz od początku, frontowe wejście - zaproponował.
- Mi się wydaje, że to jednak było z tamtej strony - powiedziała niepewnie Lea, wskazując gąszcz zieleni z tyłu budynku.



Albert zignorował tą sugestię i poszedł w kierunku głównych drzwi. W środku zastał chłodny kościółkowy standard - błyszcząca, wypolerowana podłoga, wielkie organy, posągi świętych, kwiaty pod ołtarzem, klęczniki, witraże, boczne nawy, freski. Całkiem przyjemnie, pomyślał. Nie było jednak żadnych widocznych, bądź ukrytych, wejść do piwnic. Obejrzał jeszcze gablotę z relikwiami, a dokładnie kośćmi świętego Franciszka, przeżegnał się i gibnął przed krzyżem, upomniany wzrokiem jakiejś staruszki, zapewne za zbyt swobodne zachowanie, po czym wyszedł. Lea stała przed jednymi z szeregu drzwi, nad którymi widniał malunek gwiazdy betlejemskiej. W milczeniu zerknęli do środka, a ich oczom ukazała się przepiękna, wielka i szczegółowo dopracowana, całoroczna szopka bożonarodzeniowa. Lea uniosła brwi w mieszance zdziwienia i zachwytu, a on wrzucił kilka monet do pudełka na wolne datki.





Wyszli z powrotem na zewnątrz, idąc dziedzińcem z widokiem na wybrzeża Paoli, tonącą w nocnej czerni taflę Morza Tyrreńskiego i tuż obok, budynek Collegium Minimorum, przeszli do bardziej parkowej części, pełnej starych drzew, paproci i bluszczy, wokół płynącego kaskadami, przyjemnie szumiącego potoku.
- Ines nie ma jeszcze dwudziestu lat - zaczęła ni stąd, ni zowąd - jak ją poznałam miała może siedemnaście. Albert odpalił papierosa, ostatniego z paczki.
- Daj tą biżuterię - wyciągnął pseudo wytrych z kieszeni i zaczął grzebać w kajdankach, których całkowite rozmontowanie wypadło mu wcześniej z głowy.
- Jej matka miała białaczkę, żyły w skrajnej nędzy, poznałam ją na jednej z imprez na plaży w Amantea. Była kelnerką, zarabiała grosze, od słowa do słowa...
Tymczasem on pozbył się już jednej "bransolety" i z zaciekawieniem spojrzał, zachęcając do dalszej opowieści.
- Po prostu chciałam jej pomóc - oczy Lei zaszkliły się wilgocią.
- Mów dalej - świdrował wzrokiem w jej twarzy. Miał nadzieję, że tym razem dowie się czegoś konkretnego.
- Po prostu... to dobra dziewczyna. 





"Grotta della penitenza" głosił napis na niewielkich, drewnianych, zamkniętych na kłódkę i zabezpieczonych taśmą, drzwiach w skalnej ścianie porośniętej bluszczem.
- Grota pokuty... W remoncie. Robotnicy tu nie zaglądają?
- Prędzej czy później by zajrzeli, ale prace są przerwane na czas urlopów - Lea miała minę dogłębnego znawcy tematu. - Włosi cenią sobie odpoczynek. Robota nie zając, czy jakoś tak. Ineeees! - zaczęła wrzeszczeć z nosem wlepionym w drzwi. - Przeczytaj napis.
- In questo entro, coś tam, Francesco Giovinetto jakiś tam, cinque anni, coś tam - Albert dukał co bardziej zrozumiałe fragmenty - znaczy, że pięć lat tu żył, tam na dole.
- Ehem - przytaknęła z dumą, jakby co najmniej chodziło o jej syna. - Ineeeees!
- Kurwa, ale bym zapalił - desperacko przeszukiwał wszystkie kieszenie w poszukiwaniu ukrytych, jakimś cudem, gdzieś, jakoś, daj Boże, szlugów. W tym czasie Lea przejęła drut i, o dziwo, uporała się z kłódką. Weszli do środka, gdzie panował jeszcze większy chłód niż w głównej części klasztoru. Świecili latarką i schodzili coraz niżej kamiennymi schodami, które wyglądały jak wydrążone w skale. Byli już blisko, Albert zażartował, że jak otworzą kolejne kajdanki, to wyruszą na podbój świata, jako dwójka złodziei. Snuł plany, że wezmą Luigi, który będzie, swoim zwyczajem, zagadywał potencjalne ofiary, podczas gdy oni otworzą każdy sejf. Ahahaha, ohohoho. Nawet Lea się ciut rozpromieniła na tę myśl.




- Frantumando le catene dei cattivi - przeczytała pierwsze słowa z kolejnej tabliczki, upamiętniającej życie Franciszka - kruszy kajdany zła, patrz jak pasuje!
- Symbolika, skubańce, lepszego miejsca nie mogli znaleźć... - Albert pokiwał z dezaprobatą głową.
Doszli do ostatniego zakrętu, który był oznaczony napisem z dwoma strzałkami, sugerującym, że w prawo jest grota, w lewo wyjście. Albert wszedł pierwszy, Lea przeżegnała się i poczłapała za nim. W półmroku dostrzegli kilka ławek, krzyż, kolumny i zarys kobiety w samym kącie. Czarnowłosa, o młodzieńczych rysach twarzy, w białej sukience z delikatnego materiału, z lekko zarysowanym brzuszkiem. Owszem - przykuta do kraty w zasłoniętym i zarośniętym od zewnątrz bluszczem okienku pod niskim sklepieniem sufitu. Mała latarka Alberta nie dawała zbyt wiele światła, podszedł bliżej, dotykał jej, coś mówił, potrząsał. Lea stała pod wejściem i patrzyła przerażonymi oczami, czując, że robi jej się coraz bardziej duszno. Chciała podejść, pomóc, ale nie mogła zrobić kroku. Sparaliżował ją nadmiar emocji i wyczerpania.
- Albert, co z nią? Pospieszmy się.
Cisza, Albert słyszał, ale się nie odwrócił.
- Chcesz tego druta? Czy najpierw będziesz ją budził?
Cisza.
- ALBERT! - wrzasnęła, chyba po raz pierwszy. - Co z nią!?
Odwrócił głowę i już wiedziała. Taki wyraz twarzy mają tylko ludzie w skrajnym stresie.
- Jest... - przełknął ślinę - martwa.


3 komentarze:

  1. Najlepsze wzory Forsyth'a. On też dokładnie poznawał topografię terenu na którym działali jego bohaterowie.
    Ps czy tam nie powinien unosić się odór śmierci i wszystkiego tego co się z procesem konania wiąże?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oszczędzę Ci treści wykładów z kryminalistyki i medycyny sadowej...

      Usuń