czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 3 - San Francesco

- Dobrze, że ci twoi “znajomi”, nie upatrzyli sobie Asyżu na zakonne zabawy w chowanego, mielibyśmy dalej... - powiedział, wyrzucając trzeciego z kolei peta, przez odsuniętą szybę - tu Francesco, tam Francesco, o Watykanie nie wspomnę.
- Nie chciałoby im się aż tam, za dobrze strzeżone miejsce - Lea oparta głową o boczną szybę, patrzyła niewidzącym wzrokiem, gdzieś daleko przed siebie.
Taa, Albert zamyślił się na temat ogromnych gmachów i monumentów tonących w morzu, notabene stanowczo zbyt drogich, souvenir di Assisi, a wszystko wybudowane na cześć skromnego ascety, który umiłował sobie życie w zgodzie z naturą, w ubóstwie, radości do życia i świata bez jakichkolwiek dóbr materialnych. A tymczasem Asyż jest uosobieniem przepychu i bogactwa, jak jakiś “projekt życia” architekta z manią wielkości. Franciszek przewraca się w grobie.



- A ten z Paoli, to na cześć tamtego, czy tu co drugiemu Francesco?
Dziewczyna nerwowo miętoląc rękaw swetra w dłoni, pociągnęła nosem i opowiedziała jak to Franciszek z Paoli, zainspirował się tym z Asyżu i postanowił pójść w jego ślady. Podczas, gdy Albert odpalał papierosa za papierosem, popijał włoskie, sikowate piwo, zerkał na nią z ukosa, rejestrując poszczególne części opalonego ciała i w międzyczasie całkiem dynamicznie prowadził samochód, ona opowiadała o powstającym zakonie braci najmniejszych, preferujących różnorakie posty i skrajnie surowy tryb życia.
- Wiesz, że Franciszek przepłynął na własnym płaszczu z Włoch na Sycylię?
- Wiesz, że jesteś kurewsko seksowna, jak tak, półnaga, mnie przepraszasz, co pięć minut?
Lea wytrzeszczyła oczy.
- No żartuję, no - wydmuchał dym, łyknął moretti, uporządkował myśli - to co tam jeszcze ten ksiądz wymodził?
- Miał nadprzyrodzone zdolności!
- Akurat.
- No naprawdę, podobno potrafił być w dwóch miejscach na raz, bio, bio… ee, bi.. ech.
- Bilokacja. Nie wierzę.
- To uwierz! Zrobili go świętym też dlatego! Mistyka, Albert! - pierwszy raz Lea zdawała się ożywić i zaczęła mówić więcej i szybciej - złamał w palcach monetę, z której popłynęła krew! Rozumiesz!? Krew uciśnionych ludzi!
- A ty jesteś jakaś nadzwyczaj religijna? Może to pokuta była, te skały?
- Jestem bardzo religijna.
- Nie chrzań...
- No dobra, kiedyś byłam - powiedziała i skuliła się w obszernym swetrze. Zdawała się z powrotem zamykać w świecie własnych tajemnic. - Dlatego to miejsce, do którego jedziemy, umartwianie się, rozumiesz? Symbolika… - powiedziała z nosem wlepionym w boczną szybę. - A Franciszek wskrzesił jednego faceta - ewidentnie miała ochotę kontynuować ten nurt myśli.
- Sądziłem, że takie rzeczy, to tylko Jezus?
Pokręciła przecząco głową. Albert nie miał ochoty rozgrzebywać tego tematu, w kościele był ostatnio na ślubie córki, dwa lata temu, jakoś tak. Nie wierzył w żadne cuda, magiczne zacieki, uzdrowienia i lewitację. Gdyby miał jakieś swoje życie, to odwiózłby ją na policję (choć przypuszczał, że prędzej by zwiała, niż chciała załatwić to w ten sposób), ale że jego życie się zesrało, rozleciało, dezaktywowało, to w sumie nie miał nic ciekawszego do roboty. Jego bagaże zostały w Reggio, nie miał ochoty tam wracać, kilka starych ubrań, dwie książki, jakieś klamoty, niech oddadzą biednym. Jutro zadzwoni. Poodwozi te panny, kupi parę szmat, wypije jeszcze jedną małą czarną z Luigim i wróci do domu. Wystarczy przygód.




         Trzy zakonnice, kilkunastu pielgrzymów, jeden spasiony zakonnik, i dziesiątki kotów przywitały ich na parkingu pod sanktuarium w Paoli. Rozległy dziedziniec otaczał pokaźnych rozmiarów - oczywiście, jak na kler przystało - budynek. Zza klasztoru wyłaniał się zarys wzniesień, słychać było pohukiwanie puszczyka i wszędzie pachniało ciepłą, letnią nocą. Było mocno po pierwszej, Włosi nie sypiają tak wcześnie, zregenerowani sjestą, nawet o tej porze mają ochotę, jak widać, pozwiedzać, pomodlić się, pokontemplować. Albert wyciągnął z samochodu coś na kształt wytrychu, w co przekształcił drut znaleziony w bagażniku. Po drodze wyposażyli się także w garść przeróżnych spinek i wsuwek do włosów, na wypadek, gdyby to było aż tak proste, oraz w siekierę. No trudno, najwyżej narobią hałasu. Ta opcja to ostateczność.
Zapalił jeszcze raz, przyglądając się bombie umieszczonej w kamieniu, która to wycelowana w klasztor w czterdziestym trzecim, wpadła do rzeki i nie eksplodowała. Nawet nie czytał tego na głos, żeby ta przygaszona blondi o wyglądzie prostytutki, nie zaczęła znowu wywodów o cudach i postach cielesnych. Wisi mu przysługę, a zaraz zrobią się z tego dwie. Z szyderczym, wyimaginowanym uśmiechem wyczuwał nadchodzące negocjacje.
Poszli w stronę klasztoru, weszli do środka, uklękli, rozejrzeli się, wyszli z powrotem na zewnątrz, obeszli budynek dookoła, pogłaskali kota i wrócili do punktu wyjścia.
- Nie pamiętasz gdzie jest to wejście do piwnic? - Albert czuł, że zaczyna dopadać go zmęczenie.
Zaprzeczyła. Przeprosiła.
- To jeszcze raz, rundka dookoła.




2 komentarze:

  1. robi się przygodowo a "półnaga, bardzo religijna osoba" to już pogranicze perwersji ;-)

    OdpowiedzUsuń