piątek, 31 marca 2017

Lea. cz 9 - Wdzięczność

- Albert! Gdzie ty jesteś!? Tu wszyscy cię szukają! Jej znaczy, ciebie, jej, was! - Luigi próbował zapanować nad drżącym głosem.
- Kto nas szuka? - Albert chodził od ściany do ściany w poszukiwaniu najlepszego zasięgu.
- No, wszyscy! Jakiś carabinieri brodaty, potem jakiś nadziany, błękitnooki, nieprzyjemny typ. Ledwo się go pozbyłem. Santa Madonna!
Lea patrzyła z niepokojem jak Albert nerwowo rozmawia przez telefon, od czasu do czasu wściekle na nią spoglądając.
- I co im powiedziałeś?
- Prawdę! Czyli, że nie mam pojęcia gdzie jesteście, że mam tu setki klientów i skąd ja mam wiedzieć. Od rana cała Paola i wszystkie okoliczne pipidówy aż huczą o tym morderstwie, nikt o niczym innym nie mówi. Orrore!
- Ja pierdole... - Albert przetrawiał tą informację jeszcze przez kilka sekund.



Lea cz. 8 - Luigi i goście

       Zza zakrętu po raz kolejny wyłonił się tunel, zalewając wnętrze samochodu ciemnością, przerywaną regularnie połyskującymi światłami. Lancia ciągnęła ile fabryka dała. Albert coraz mocniej zaciskał mokre dłonie na kierownicy. Rozładowywał napięcie cisnąc gaz i co rusz pogłaśniając muzykę, aż poczuł jak bębniące szaleńczo rytmy zagłuszają jego myśli. Niepewny wzrok Lei krążył pomiędzy drogą, licznikiem i wyrazem jego twarzy. Chciała coś powiedzieć, wiedziała jednak, że ją uciszy. Próbowała już kilkukrotnie w ciągu ostatniej godziny, ale za każdym razem kazał jej się zamknąć. Chciała podziękować, że po nią wrócił, opowiedzieć o mężu, o Ines, o sobie, i przede wszystkim odpowiedzieć na każde jego pytanie. Tylko, że on nie chciał już słuchać.



czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 7 - Wiadomości

- Opcje mamy dwie - Albert z łokciami opartymi na kolanach, siedział na skraju łóżka, obracając w palcach kluczyki od samochodu - albo idziemy na policję i wszystko im opowiesz - patrzył przenikliwie w oczy Lei, która słuchała ze skruszoną miną i jadła międzyczasie z takim zapałem, jakby wieki nie miała nic w ustach - albo ja wyjeżdżam, a ty rób co chcesz. - Zatrzymała widelec w połowie drogi i spojrzała wzrokiem skarconego psa. Albert miał minę pokerzysty.
- Widzisz, bo… - zaczęła z wielkim trudem - mój mąż, eee…
- O, męża masz, milutko - Albert pokiwał znacząco głową i łyknął swojej, już chyba ulubionej, grappy.
- Ty tak jeździsz po pijaku?
- Nie zmieniaj tematu. I nie interesuj się. Mów!

Lea cz. 6 - Hipotezy

- Ciao! Musimy pogadać! - Albert był dziś tak stanowczy i zdeterminowany, jaki nie był w ciągu całego małżeństwa z Evą - Chodź! - złapał Luigi za łokieć i prawie siłą zaciągnął go na zaplecze.
- Albeeerto! Szósta rano! Ty nie sypiasz?
- A ty? Mieszkasz w pracy? - zatrzasnął drzwi od magazynku, potykając się o pudła z makaronem. - Nieważne. Słuchaj, widziałeś tą dziewczynę wczoraj? Tą blondynkę, która była ze mną? Widziałeś jak była ubrana? Widziałeś co miała na rękach? Widziałeś?
- Si, Alberto, ho visto - potwierdził, poprawiając konstrukcję z pudeł, zgrzewek i opon.
- Świetnie, to posłuchaj….
Pół godziny później Luigi wiedział już w jakich okolicznościach pojawiła się Lea, wiedział o Ines i wiedział o dziwnym, rudym psie. Parzył kawę i wcale nie wyglądał na zszokowanego.
- Może mafia jakaś? - Albert próbował wejść w ten umysł przestępczy, złożony. Poruszyć szare komórki niczym Herkules Poirot. Łyknął kawy. - Macie tu pewnie mafie we Włoszech, co nie?
- Naturalmente! Alberto, mafii ci u nas dostatek. - Luigi uniósł znacząco brwi i kiwał przytakująco głową. - Kalabryjska, sycylijska, neapolitańska, do wyboru, do koloru. Neapol tonie w śmieciach, bo Camorra przejęła biznes utylizacji odpadów. Rozumiesz? Zwożą śmieci z całej Kampanii, upychają pod Wezuwiuszem, che cazzo!
- Hm… - Albert łyknął kawy.
- Hm… - Luigi łyknął kawy.
Zapanowała cisza, a panowie pogrążyli się we własnych myślach.


Lea cz. 5 - Pies

       Skąpana w nocnym mroku, kamienista plaża w San Lucido, pomimo trzeciej nad ranem, wciąż była nagrzana i zdawała się parować upałem poprzedniego dnia. Lea siedziała na ziemi, obejmując ciasno swoje podkulone nogi, bujając się leciutko w przód i w tył i co jakiś czas wysmarkując opuchnięty nos w chusteczkę. Albert robił to co zawsze - pił i palił. Poza tym, w tej chwili dodatkowo chodził w te i z powrotem wzdłuż wybrzeża i próbował nie eksplodować złością na szlochającą koleżankę obok. Miał dość tajemnic i tego, że pomimo całej powagi sytuacji, nie mógł wydusić z niej niczego sensownego. Lea w samochodzie dostała ataku histerii, ale wlał w nią, częściowo po dobroci, częściowo siłą, sporą ilość martini i jakby się polepszyło. Zastanawiał się teraz, już nawet nie nad tym kto zabił, bądź przyczynił się do śmierci tamtej dziewczyny, a gryzło go, że ją tam zostawili, tak po prostu... Odwrócili się na pięcie, w szoku wsiedli do samochodu i pojechali przed siebie, aż tutaj. O pozostawionych odciskach palców nawet nie chciał myśleć.

Lea. cz. 4 - Grota

Albert przyjrzał się dokładnie budowli, której plan, z jego perspektywy, wyglądał jak duże L. Front był pokaźny, ozdobiony kolumnami, łukami i posągami, całość w beżowych, jasnych kolorach. Na schodach stały donice z roślinami, a wszystko klimatycznie oświetlone latarenkami. Boczne skrzydło natomiast, na oko trzypiętrowe, charakteryzowała symetria, dziewięć drewnianych, półowalnych drzwi, w systematycznych odstępach, a pomiędzy nimi jednakowe okienka.
- Zacznijmy jeszcze raz od początku, frontowe wejście - zaproponował.
- Mi się wydaje, że to jednak było z tamtej strony - powiedziała niepewnie Lea, wskazując gąszcz zieleni z tyłu budynku.



Lea cz. 3 - San Francesco

- Dobrze, że ci twoi “znajomi”, nie upatrzyli sobie Asyżu na zakonne zabawy w chowanego, mielibyśmy dalej... - powiedział, wyrzucając trzeciego z kolei peta, przez odsuniętą szybę - tu Francesco, tam Francesco, o Watykanie nie wspomnę.
- Nie chciałoby im się aż tam, za dobrze strzeżone miejsce - Lea oparta głową o boczną szybę, patrzyła niewidzącym wzrokiem, gdzieś daleko przed siebie.
Taa, Albert zamyślił się na temat ogromnych gmachów i monumentów tonących w morzu, notabene stanowczo zbyt drogich, souvenir di Assisi, a wszystko wybudowane na cześć skromnego ascety, który umiłował sobie życie w zgodzie z naturą, w ubóstwie, radości do życia i świata bez jakichkolwiek dóbr materialnych. A tymczasem Asyż jest uosobieniem przepychu i bogactwa, jak jakiś “projekt życia” architekta z manią wielkości. Franciszek przewraca się w grobie.



wtorek, 14 marca 2017

Lea cz. 2 - Autogrill

- Ile jeszcze twoich poprzykuwanych w różnych miejscach koleżanek mam zgarnąć? - zapytał, ale sam do końca nie wiedział, czy chce znać odpowiedź na to dziwne pytanie, w tej dziwnej sytuacji i jeszcze dziwniejszym dniu, a raczej, już w zasadzie, nocy.
Przeprosiła. Albert zadał jeszcze kilka pytań, jednak Lea nie odpowiedziała na żadne, choć cały czas przepraszała. Nie mówiła za co, ale przepraszała, prewencyjnie. Wyglądała marnie. Co prawda była piekielnie ładna, miała na sobie tylko bieliznę i przerżnięte kamieniem na pół kajdanki na obu nadgarstkach, ale pomimo tego minimalizmu wyglądała marnie. Na stacji Albert, a w zasadzie Albeeeertooo! (jak go powitano od wejścia) miał już, jak widać, serdecznego przyjaciela - Luigi zdaje się, który albo desperacko szukał kolegów, albo po prostu był aż tak przyjacielski i wylewny. Lea poczłapała za nim. Chyba była czymś lekko odurzona, albo wyjątkowo nieusłuchana, bo kazał jej czekać, a ona przylazła pomimo to, robiąc małe zamieszanie w spojrzeniach wszystkich. Przeprosiła.
 

niedziela, 12 marca 2017

Lea cz. 1 - Bella, psia krew, vita

       Albert z każdym przejechanym kilometrem, pomimo sprzyjających warunków, jechał coraz wolniej. Pod nogami miał, standardowo, sprzęgło, hamulec, gaz, i niestandardowo, gin i tonic. Choć to chyba raczej dość klasyczne połączenie, przynajmniej tych dwóch cieczy. Wypiłby teraz choćby płyn do spryskiwaczy, gdyby ten miał w sobie choć krztę alkoholu, a niczego innego akurat nie byłoby w pobliżu. W głowie ciążyły mu myśli, łomotały, walczyły między sobą, odbijały się echem od splotów nerwowych, żył, tętnic i wszelakiego badziewia, jakie skrywało jego wysokie czoło. Tylko idiota mógł dać się tak orżnąć babie. "Wypaliłam się", usłyszał poprzedniej nocy. Nie odpowiedział, patrzył tępo, przekręcając ze zdziwieniem głowę, niczym pies, który zauważył odblask zegarka na ścianie i próbuje zrozumieć, w czym rzecz. Pięćdziesiąt na liczniku, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, czwórka. Mógł wymieszać to cholerstwo, albo co, bo diabelnie ciężko ogarnąć manualnie procedurę odkręcania nakrętek jedną ręką, ewentualnie zębami. Jego eks najpierw się wypaliła, potem dała dupy radcy prawnemu szwagra sąsiadki, czy innemu kudłatemu typowi, o rumuńskiej urodzie chłopaka sprzedającego kradzione zegarki na bazarze, a w międzyczasie przywłaszczyła sobie cały dobytek i sprzedała chałupę, składając podpis jego zapitą łapą. Jego - Alberta, który fakt, lubi sobie dziabnąć. Choć, cholera, może on sam to podpisał, no nie sposób spamiętać. Notariusz, ciul, zatwierdził wszystko elegancko, bez jego obecności, z nim też się pewnie, suka,  puściła. I wszystkie te informacje Albert zebrał w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Czterdzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, trójka. I ten cholerny asfaltowy zaduch. Zachciało mu się podróży, na stare lata, z puszczalską żoną, awersją do upałów, domatorskim usposobieniem i alergią na kurz. Szlag by to.