środa, 8 lutego 2017

Cztery żywioły, czyli spontaniczny koniec świata

Stoję w moim pokoju w rodzinnym domu, na drugim piętrze, mam może piętnaście lat. Przyglądam się burzy szalejącej w południowo-zachodniej część nieba. Stoję na  wprost drzwi balkonowych jak zabetonowana, nie mogę niczym ruszyć, ani ręką, ani nogą, ani głową, niczym. A tam na horyzoncie zamiast ciemnej, ciężkiej od wody chmury, oświetlanej pajęczyną błyskawic, zauważam ścianę ognia, zbliżającą się wprost na mnie, pochłaniając i paląc wszystko na swojej drodze. O Chryste... W myślach desperacko szukam drogi ucieczki. Mogłabym zbiec po schodach i schować się w piwnicy. Zrobiłabym to, gdybym tylko... mogła się ruszyć. Skąd ten ogień?! Cholera! Skąd ta piekielna, płonąca ściana?!

Może to koniec świata?

O Boże. Chcę tylko móc się poruszyć...

Wszędzie czuję to ciepło, jest coraz bliżej. Zostało już tylko kilkadziesiąt sekund. Łup, łup. Moje serce zaczyna bić szybciej i mocniej. Ten ogień spali mi skórę, włosy, paznokcie, płuca, oczy - wszystko! Tak właśnie umrę? Zaciągając się ognistym powietrzem. Nie chcę... spłonąć. Zaciskam powieki najmocniej jak potrafię. Łup, łup, łup. Nie otworzę ich, zanim to się nie skończy. Już pewnie nie otworzę ich nigdy. Już nigdy nie zobaczę świata. Cholera! Nie zgadzam się. Dlaczego nikt tego ze mną nie przedyskutował?! Łup, łup, łup!

Łuuup!

Cisza. Zupełna cisza. Gdzie "łup"? Stanęło? Moje serce przestało bić. Czuję duszącą gulę w gardle. Uderz, proszę, uderz jeszcze raz. Jeszcze choć jeden raz. Proszę.

Proszę...



Przez zamknięte powieki widzę tylko czerwień. Wdziera się w moją głowę, głębiej i głębiej. Rażąca, intensywna czerwień. Wokół słyszę szum i stłumione krzyki dochodzące z oddali. Ł..u..pp... Coś nieśmiało drgnęło w mojej klatce piersiowej. Łu...p. 

Łup. Uff! Serducho jeszcze funkcjonuje. A wokół nastała cisza. Zupełna cisza i spokój. Jedynie czerwień została, a cały niepokój gdzieś się rozpłynął. Kusi mnie otworzyć oczy... Otworzyć czy nie? Otworzyć czy nie? Odwieczny problem z podejmowaniem decyzji. Tylko spontan. A teraz spontanicznie mogłam zginąć. Wszyscy mogliśmy. Spontaniczny koniec świata. Mam nadzieję, że już po wszystkim. Chyba spróbuję lekko uchylić powiekę. Tylko zerknę, upewnię się, że już po wszystkim. Łup, łup, łup. Tylko spokojnie. Spokojnie...

Spontaniczna decyzja. Otwieram oczy. Trzy, dwa, jeden, zero - start! Otworzyłam i w tym samym momencie wróciły przeraźliwie dźwięki i zobaczyłam jak ściana ognia jest tuż za szybą, uderza najpierw w drzwi balkonowe, a zaraz po tym cała mieszanka szkła i gorących płomieni wpada wprost na mnie!

Spadam... Coraz szybciej i niżej, jest coraz ciemniej i wilgotniej. Łup, łup, łup! O Boże! Co się dzieję? Co się dzieję!? Wyciągam ręce coraz wyżej, desperacko szukam punktu zaczepienia, macham nimi na wszystkie strony, aż napotykam na jakiś grunt, jakąś materię. Próbuje coś chwycić, złapać, wbić w coś paznokcie. Czuję ziemię, to chyba jakaś skarpa, kawałki czegoś dostają się głęboko pod moje paznokcie, próbuje wbić je jeszcze głębiej, ale ciężar mojego ciała, za pan brat z grawitacją, ciągną mnie w dół. Paznokcie się łamią, przeszywa mnie ból, zwolniło to trochę mój lot, ale nadal spadam. Uderzam brodą w coś ostrego, przygryzam sobie język, w ustach czuję krew, ślinę, ziemię, trawę. Próbuję to wypluć. Choleraaa! Wypuszczam wszystko z rąk, poddaję się, po prostu... czekam.

Łup, łup, łup. Proszę bij, nie przestawaj, przynajmniej ty mnie nie zawiedź.

Koniec mojej podróży. Uderzam w coś twardego i zimnego. Och, jak to bolało. Ziemia? Beton? Nie... W betonie bym się nie zanurzyła. To woda, zimna, lodowata, śmierdząca woda. O Boże, nie popłynę, nie dam rady, nie bez poczucia bezpieczeństwa, nie bez namacania dna, nieeee! Łup, łup, łup! Czuję, że się krztuszę, woda dostaje się we mnie, do środka, ustami, nosem. O Boże, to koniec! 

Stop. Tylko spokojnie. Tylko spokojnie...

Próbuję zsynchronizować ruchy. Nogi, ręce, oddech. Do góry, byle jak najwyżej. Byle na powierzchnię. Czuję ucisk w głowie. Mulący ból. Czy to już niedotlenienie? Jak długo nie mogę złapać oddechu? To musiało być zaledwie kilka sekund. Nie mogę teraz się nad tym zastanawiać, muszę się uratować. Muszę! Zimno boli równie mocno jak uderzenie. Boli jak diabli. Paraliżuje ruchy, jest jak kajdany, jak włosienica, jak wszechobecny skurcz. Nie poddam się, nie teraz. Czuję, że płynę, jestem już coraz wyżej. Jeszcze tylko troszeczkę.

Jeszcze kawałeczek.

Łuup, łuuup, łuuu...

Ti di di diiin, ti di di diiin. 
Tidididiiiiin. Tiiidiidiiiiidiiiinnn!

Cholerny budzik. Zaraz, zaraz. Cudowny budzik! Nie tonę, nie palę się, nie lecę, w nic nie uderzam. I świat się nie skończył. I serce bije. 

Dziękuję.



2 komentarze:

  1. Łał!!!!!! Konkretny koszmar! Psycholodzy mieli by materiału na kilka doktoratów ;)
    Sam takie miewałem za nastolatka, to podobno wynik braku poczucia bezpieczeństwa. Pewnego razu, po prostu zacząłem się bić z tym co mi koszmar przyniósł i dotąd prałem aż udało mi się to coš zabić. Potem już nigdy nie czułem że spadam że coš mnie goni, koszmary odeszły.
    Jakiś czas temu czytając o neurobiologii natknąłem się na wytłumaczenie (biologiczne) zjawiska; nasz mózg "odłącza" nasze ciało, sam przeżywa marzenia senne, ale ciało nie reaguje, inaczej bylibyśmy somnambulikami, dlatego gdy rozpaczliwie chcemy się poruszyć nasze ciała nie reagują, co nasz śpiący mózg interpretuje jako "zabetonowane" nogi. Podobnie z przeżywaniem upadków, mózg zdaje sobie sprawę że "przegiął" i chce się obudzić z ale nie może i zaczyna zapadać się sam w sobie, szukając czegoś co wyrwie go (i nas) ze snu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sen ze ścianą ognia miewałam często, reszta to sprytna fikcja literacka ;)

      Usuń