poniedziałek, 23 stycznia 2017

Pierwsze płatki śniegu | one shot

Robert szybkim krokiem przemierzał kolejne metry ciemnej uliczki. Nie czuł chłodu, który otaczał wszystko wokół. Czuł jedynie żar palący od środka jego wnętrzności. Żal i żar. I wściekłość. Wiedział dokąd go prowadzą jego własne nogi, bezwiednie, bezmyślnie i zupełnie bez sensu. Nie pił od prawie czterech lat, jednak dziś nadszedł chyba ten dzień, kiedy historia zatacza pętlę. Wolałby stanąć na rozstaju dróg i podążyć nową, nieznaną, tajemniczą ścieżką, niż zawrócić z piskiem opon i w doprawdy nieprzyjemnym dejavu, wrócić do punktu wyjścia. Tymczasem bilans ostatniego tygodnia był zdecydowanie ujemny. Szef, który podziękował mu za współpracę i żona, która podziękowała za małżeństwo. Niedoceniony, zdradzony, wyprany z uczuć. O złych wynikach ojca nawet nie chciał wspominać, kolejny przerzut...



Wiedział doskonale, że kilka drinków nie rozwiąże żadnego z powyższych problemów, a jedynie dołoży nowe zmartwienie. Czuł jednak podświadomie, że w ten sposób sobie ulży, a nawet bardzo ulży. Podobno jednym z największych morderców we współczesnym świecie jest stres. Skubany! Jest jak chwasty, jak szarańcza, jak trądzik różowaty - włazi wszędzie i za cholerę nie można się go pozbyć. Przynajmniej nie bez trudu. Wyciągając całkiem logiczne wnioski z tej analizy, postanowił zabić stres wódką i dla wszelkiej pewności zadymić skurczybyka mieszanką substancji smolistych. Droga do baru minęła mu w stanie połowicznej świadomości, przytłoczony dziesiątkami myśli nie zwracał uwagi na mijanych ludzi, budynki, samochody, na nic. Zbyt szybko - pomyślał - zbyt szybko mignęły mu obrazy tych ostatnich minut trzeźwości. Nawet nie próbował się oszukiwać, że jeżeli ukoi ból duszy dwoma głębszymi, to nie wpadnie w cug sprzed lat. Wiedział doskonale, że tak właśnie będzie i że nie będzie sobie potrafił przypomnieć stanu swojej duszy i umysłu przed tym błędnym krokiem. Tak jak przez lata nie potrafił wrócić myślami do siebie jako młodego, niepijącego chłopca z głową pełną marzeń. Nie umiał wejść ponownie w  swój tok myślenia. Są w życiu każdego człowieka takie momenty, po których nic już nie jest takie samo. Narodziny dzieci, śmierć bliskich, jakieś traumatyczne lub skrajnie szczęśliwe przeżycia. I ta chwila jest takim właśnie progiem, granicą kolejnego etapu w jego życiu. Przegrał z problemami, przegrał po raz kolejny. 

Jego ulubiona knajpa trochę zmieniła się przez te kilka lat. Zaliczyła jakiś remont, jest milej, przytulniej. Odpalił papierosa, wsłuchał się w melodyjne dźwięki gitary Santany, dobiegające z lekko szumiącego radia i czekając na kelnera próbował uspokoić myśli. Przed oczami przelatywały mu obrazy przykrych doświadczeń. Te pudła wszędzie. Pudła, do których jego żona wrzucała w pośpiechu swoje sukienki, krzycząc coś pod nosem, że "z tamtym" jej będzie o niebo lepiej. Pudło, które wręczyła mu kadrowa w biurze, mówiąc, żeby zabrał swoje prywatne rzeczy, bo "śmieci zabierają w środę". I pudło na strychu domu jego rodziców, mokre od łez jego matki, która płakała tak rozpaczliwie, modląc się, żeby sprzedaż tych pamiątek wojennych po dziadku, pozwoliła na skuteczne leczenie najważniejszego człowieka w jego życiu. To wszystko go przerosło. Cholerne pudła...

Kelner, który wyrósł przy stoliku jak zjawa, dwa razy zapytał zanim sens jego słów dotarł do uszu Roberta. Wyłączył się na moment, zaczarowany widokiem malującym się za oknem. Coś tam się zaczęło dziać. Jakby zmiana scenerii. Jakby niewidoczni scenarzyści mieli swoje pięć minut na działanie, z poleceniem "zmieńcie coś, ale tak mega".
- Ekhm, czego się pan napije?
- W zasadzie to nie wiem. Niech pan tylko spojrzy w jak niezwykły moment trafiłem! - Robert zagadał entuzjastycznie wskazując malująca się na ulicach, nieśmiałą i delikatną warstwę bieli.
- Słucham? - kelner, był raczej człowiekiem, który przyszedł odbębnić swoje i zgarnąć dniówkę, niż czerpać satysfakcję z wykonywanej pracy i być wizytówką firmy.
- Pierwszy śnieg zaczął właśnie sypać! Niech pan spojrzy jak jest magicznie!
- Yyyyy.. Jasne, jasne... - przytaknął drętwo zniechęcony chłopak. - Jak się pan zdecyduje na coś do picia, jedzenia, czy coś, to wie pan gdzie mnie szukać. Muszę wracać do pracy. - Odwrócił się na pięcie i odszedł.

Tymczasem za oknem świat ewoluował z mokrego i ciemnego czyśćca w iście bajkową krainę. Robert zgasił papierosa wraz z ostatnimi nutami utworu wypełniającego przestrzeń, w pośpiechu założył kurtkę, kaptur naciągnął mocno na głowę i wyszedł na zewnątrz. Spojrzał w niebo na ogromne, białe płaty śniegu, które mokre i ciężkie zalewały ulice. Pomyślał, że z mostu, z którego rozciąga się panorama Starego Miasta, będzie najpiękniejszy widok, więc szybkim krokiem zaczął iść w tamtym kierunku. Przyglądał się pojedynczym płatkom śniegu spadającym na rękawy jego kurtki i tym w liczbie bardzo mnogiej, rozświetlonym w ciepłych kolorach ulicznych latarni. Szedł coraz szybciej, a w jego głowie powstawały coraz to przyjemniejsze obrazy wspomnień z dzieciństwa i pierwszy śnieg wywołujący euforię co roku od bardzo, bardzo dawna. Szedł tak szybko, że w zasadzie zaczął truchtać. Przypomniał sobie, że zaręczył się ze swoją żoną w przepięknym starym parku, który cały pokrywała właśnie gruba warstwa styczniowego śniegu. Pamięta, że miała tak zmarznięte ręce, że pierścionek okazał się ciut za luźny. Byli tacy szczęśliwi. Zamarzył, że może jeszcze spotka kogoś z kim zaręczy się po raz drugi. Jeszcze nie jest przecież taki stary... Może wszystko przed nim! Trucht zamienił w szybki bieg. Splunął siarczyście na wspomnienie pracy. A tam praca, można ich mieć dziesiątki. Jutro napisze CV. Właduje w nie całą posiadaną pewność siebie i kreatywność. Biegł coraz szybciej, myśląc o ojcu, z którym spędzał ostatnio zdecydowanie za mało czasu, zajęty swoimi codziennymi problemami. Tak nie może być! Pamięta jak razem z nim ulepił pierwszego bałwana, jak ojciec zabierał go na sanki na największą górkę,  jaką udało im się znaleźć w tym niewielkim mieście. To były takie czasy, kiedy tak bardzo chciało się żyć. A to był przecież ten sam świat. Te same zasady  i te same odwieczne prawa natury. I ten sam pierwszy śnieg każdego roku. Jego mały świat prawie się dziś zawalił, a niebo jakby nigdy nic ogłosiło nadejście zimy, właśnie w tym momencie. Pięknej, eleganckiej, białej damy. Przypomniało mu to, jak może być uroczo i miło na duszy, tak po prostu. I chyba w jakiś dziwny sposób uchroniło przed popełnieniem ogromnego błędu. Zawsze był wrażliwy. Obejrzał zimową panoramę Starówki z mostu i cały spocony pobiegł dalej, do rodziców, napić się ciepłej herbaty, rozgrzać się, powspominać i poplanować. A może nawet ulepić bałwana. Pomyślał, że to trochę wstyd, a potem skonfrontował tą myśl z wizją siebie wtaczającego się tam w stanie upojenia i ze świadomością porażki. Tak... ulepi tego bałwana.

Śmiech dziecka jest wspaniały, bo przepełnia go beztroska. Beztroska, którą każdy dostaje na kredyt i na zachętę, żeby zbytnio nie przeraził go ten świat. Beztroska, którą systematycznie zabijamy my sami i inni ludzie. I w końcu beztroska, która powraca w szczątkowych ilościach w rzadkich chwilach takich jak ta. Pierwszy śnieg każdego roku, wywołujący mimowolny zachwyt, wlewający mgiełkę ciepła do serca, ocierający łzy i kojący duszę, bo jest właśnie taki magiczny i pełen... beztroski.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz