środa, 25 stycznia 2017

Omnomnomnom

Kuchnia niewątpliwie stwarza dla mnie zagrożenie, a ja plus kuchnia stwarzamy zagrożenie dla otoczenia. A wszystko zaczęło się przed pewną Wielkanocą...


Wielkanoc kocham miłością odwzajemnioną. Te święta są po pierwsze mniej rodzinne, a rodzinność bywa męcząca, przytłaczająca, bądź dobijająca (w przypadku jej braku), czyli tak źle, tak niedobrze. Zresztą mniejsza z tym, Wielkanoc jest fantastyczna, bo po pierwsze jest nareszcie wiosna, a ja jestem zdecydowanie wiosenno – letnim typem (obecnie miotam się w stanie pomiędzy letargiem a hibernacją, o ile te słowa nie oznaczają jednego i tego samego). Wracając, przychodzi wiosna, wszystko budzi się do życia, straganiki przepełnione są tymi najsłodszymi ozdóbkami na świecie - kurczaczki, zajączki, jajeczka, baranki i inne cudeńka. Przez otwarte (wreszcie) okna wpadają zapachy budzącej się do życia natury pomieszane z wonią świeżo wypranej firanki, a moje podekscytowanie rośnie na samą myśl, że już niebawem znów poczuję najbardziej odurzający zapach na świecie - zapach skoszonej trawy.  Ahh... w ogóle jest cudownie. Ten koszyczek, z którego zawsze ucieka serwetka, te babki przepyszne, co to zawsze wyrastają mi o dziwo gigantyczne, ten barszcz ostry z kiełbachą. Dobra, nie o świętach miało być.


W każdym razie, mała ja, chodząca do podstawówki, postanowiłam pomóc mamie upiec ciasto na Wielkanoc właśnie. I teraz scena następująca - ja w kuchni świrująca mikserem, a za oknem, na podwórku, mama i ciotka plotkujące w nieskończoność. I ubijam te jaja, ubijam, pot na czole, napięcie na kablu, jaja puchną w misce, wszystko idzie jak po maśle, aż tu nagle coś mnie zaczyna irytować. Tak, już wtedy potrafiłam się całkiem nieźle irytować. Otóż, miska miała mocowanie na mikser, stanowiła z nim całość, w związku z czym nie trzeba było go trzymać w ręce. Micha się obraca, mikser napier... miksuje. I te jaja po tych kręcących się piórach miksera wychodzą w górę z mojej michy, ciapiąc mikser. Doprawdy irytujące. Łyżka w dłoń i sruuu, chciałam zgarnąć to ciasto z powrotem do miski, żeby było ładnie i elegancko, ale! Ale nie zatrzymałam miksera, co by nie tracić czasu. I kolejne ułamki sekund wyglądały tak, że kręcące się pióra miksera wciągnęły (między, tak jakby, siebie) najpierw łyżkę, a potem (ułamki sekund) moją rękę aż do łokcia! Tak, to możliwe. W lekkim szoku próbowałam zawołać mamę, ale niestety okna szczelne, radio grało i tak dalej. One sobie tam beztrosko rozmawiały, a ja usiłowałam zrobić coś z ręką wciągniętą w mikser, bo on wcale się nie zatrzymał, a wręcz się zaciął i za cholerę nie chciał wyłączyć. Mała ja, sprytnie, pociągnęłam za kabel, który wyszedł ze ściany razem z gniazdkiem. Cholerstwo przestało urabiać jaja i moją rękę, a potem równoległe siniaki, co półtora centymetra, po obu stronach ręki, wyglądały doprawdy imponująco.


I tak to się zaczęło. Potem było ciasto miodowe, robione z kuzynkami i moja babcia, mieszkająca obok,  wołająca nas przez okno na obiad i kurek gazu przekręcony w nie tą stronę co trzeba. Nauczyłam się jednego – spalony na węgiel miód cholernie ciężko wywietrzyć z chałupy. Grunt, że nie wybuchło. 


Nie pamiętam wszystkich kulinarnych przygód, ale tak pobieżnie z ostatniego roku. Kompot. Super sprawa, nagotujesz gar i nie trzeba się bujać z tymi słodkimi, niezdrowymi napojami, herbatami i tak dalej, zwłaszcza jak upał, a woda mineralna już się uszami wylewa od nadmiaru. No to owoce siup, gar do zlewu siup, woda z kranu siup, na kuchenkę siup, cukier siup, odpalam siup i gotujemy. La la la la la la. 

Hm... śmierdzi coś. Hm... cholernie śmierdzi. Takim jakby plastikiem czy czymś. Hm... czuć w pokoju, może warto zerknąć na ten kompot. Wchodzę do kuchni, a tam żywy ogień na pół metra do góry. Tak jakby wokół garnka, podkręcony włączonym wywietrznikiem/wiatrakiem/czy jak to się nazywa, w okapie. A ja stoję i krzyczę na całą chałupę, że "Poooożżżaaar!". No bo co mam zrobić? Faceta się ma, facet niech gasi. W życiu nie widziałam takiego ognia w niczyjej kuchni. Koniec końców okazało się, że w zlewie, to takie plastikowe gówno wsadzone w odpływ, żeby to niby pierścionki nie powypadały czy coś, przykleiło się do tego garnka, jak nalewałam wody. Ha! Z takiego małego duperelka, taki ogień, czad!


Jakiś miesiąc później, sobota to była, pamiętam, miałam takiego gigantycznego kotleta. Jak go utłukłam był gigantyczny razy dwa. No to jazda, wyciągnęłam największą patelnię jaką mam, zajęła pół kuchenki, ale cóż, przynajmniej się kotlet zmieścił. Olej, gaz na ful, jedziemy! Zmywam naczynia i coś mi zaczyna śmierdzieć. Do dna żadne plastikowe gówno się nie przykleiło, bo sprawdzam już wszystkie dna zanim połączę je z płomieniem. Tak na wszelki wypadek. Śmierdziało pomimo to. Hm... nie przewidziałam, że ogromna patelnia i zbyt duży ogień na największym palniku spowodują, że ten płomień tak jakby otuli cały spód patelni, wychodząc na boki i zahaczając o plastikowe wykończenie blatu szafki obok. A takie cudne szafki z takim pięknym, białym wykończeniem były. Teraz też są, eee... cudne, tylko z czarno - białym wykończeniem. Próbowałam zeskrobać nożem tą zwęgloną materię, ale nie chciała współpracować. Trudno, teraz jest black&white w modzie, design minimalistyczny, czyli jak znalazł. 


A niedawno dostałam ogromną michę winogron od wujka z ogródka. Super. Coś się z nimi zrobi. Tylko, że akurat byłam rozłożona z obiadem, ziemniory, mięcho i inne żarło, to jakieś zakupy nierozpakowane, bo wiecznie w biegu, tu coś tam, tam coś tam, a ja mam serio małą kuchnię. Wypłukałam te winogrona, bo to wiadomo, tasiemiec nie śpi, położyłam na durszlaku (u nas się mówi druszlak, tak na marginesie), żeby obciekły, a durszlak na takim głębokim talerzu – misce (pierwsze co wpadło mi w ręce), żeby ta woda, wiadomo, nie lała się po wszystkim. I nie miałam gdzie tego położyć, więc położyłam na górze, na szafce, na chwilę. Skończyłam obiad i już miałam zmywać, ale myślę sobie – a ściągnę to winogrono, kto to widział owoce trzymać tak wysoko, pod sufitem. No... tylko... zapomniałam, że tam jeszcze ta miska jest i ciągnąc za durszlak  pociągnęłam miskę, a ta z kolei, spadła na blat szafki, zahaczając o talerz stojący obok, który podskoczył wprawiony w ruch obrotowy, wykonał dwa salta i wpadł w kubek z moją kawą, który turlając się zsunął szklankę po kompocie. Straty: miska, talerz z zastawy od teściowej (nie dokupi, sprawdzałam), kubek i szklanka (cudna, w czerwone kwiatuszki, od kompletu). Poza tym szkło i porcelana rozsypały się milionem drobinek i większych kawałków po kuchni i połowie pokoju (mam wąską kuchnię z wejściem do pokoju tuż obok miejsca zdarzenia), po wszystkich rzeczach jakie tam były - koszyk z owocami, miski z psim żarciem, cukierniczka z cukrem, zlew pełen naczyń do mycia, no po wszyyyystkim. Półtorej godziny później, po dokładnym posprzątaniu i zaopatrzeniu krwawiącego palucha, mogłam swobodnie cieszyć się pysznym winogronem. Taa...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz