poniedziałek, 19 czerwca 2017

Opowieść o księżniczce i worku

Pusty pliczku - pamiętniczku, rzekłabym. Ta... świat jest pełen inspiracji, a wyobraźnia powinna być głównym motorem napędowym w jakże przyjemnym procesie tworzenia, a konkretnie - pisania, czegokolwiek. Cóż, u mnie to nie do końca tak działa. Całe życie wszystko na odwrót. Natchnienie me płynie bowiem z każdego najbardziej błahego i przyziemnego dupsa codzienności (dups* w wolnym tłumaczeniu - sytuacja, zdarzenie, rozmowa, przedmiot, osoba, czyli zbiór liczb rzeczywistych otaczającego świata). Voila. Taki worek na przykład. Niezwykła historia worka dojrzała, by za dotknięciem czarodziejskiej klawiatury, zamienić się w opowieść. Otóż - dawno, dawno temu…


czwartek, 15 czerwca 2017

O truskawkach, notatniku i kocie miesiączkowym

Palec wiszący nad klawiaturą dłużej niż sto dwadzieścia sekund plus pusty plik tekstowy, to zdecydowanie zły znak. Życie na wysypisku śmieci własnych, nic nie znaczących myśli i nic nie wnoszących słów. Błahostki dnia codziennego. Żadnej głębszej reflekcji. Żadnych przełomowych czynów. Mdło i przezroczyście. Mała rzecz - znaleziony, pożółknięty notatnik, format A4, ilość kartek - osiemdziesiąt (zostało na oko czterdzieści), wyblakła kratka, zapisanych słów - zero, cena detaliczna - 620 zł, czyli stary. Zasuszony komar w środku. Pomijając owada, przedmiot szalenie inspirujący. Chodzę z nim od rana. Został moim przyjacielem na dzisiejszy dzień.

Jako niezorganizowana kobieta, każdego roku, opóźniona, budzę się z letargu, gdy sezon truskawkowy chyli się ku schyłkowi i muszę zadowolić się resztkami z nadzieją, że kolejnego roku nie przeoczę dziesiątek straganów z koszykami pełnymi czerwonych witaminek i w końcu porządnie skorzystam. Czary mary! Jako zorganizowana kobieta, w tym roku, wyciskam z sezonu truskawkowego wszystkie soki, a moja kuchnia stała się owocem i witaminką płynąca. Sramy już tylko truskawkami. Umiejętność osiągania kompromisu - zerowa. Poziom zorganizowania - wyższy. Zadowolenie z zaistniałego progresu - trudne do zdefiniowania. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Cellulit, ciąża i wrzątek dobry na wszystko, czyli o forach internetowych ciąg dalszy

       Walka z cellulitem trwa! Od zarania dziejów, niezmiennie i nieustannie, kobiety, rodzicielki, marzycielki, mężatki i singielki, walczą, uformowane w kolumny, piechotę, lewe skrzydło, prawe skrzydło i na końcu rezerwy, czyli te, które popychają hamburgera snickersem, żeby wlazł gładko w bebechy, walczą z cellulitem, mentalnie, ale walczą. I  w tym temacie powstało dziesiątki, co ja mówię, setki tysięcy artykułów i drugie tyle wątków na forach. Samo słowo cellulit jest już przereklamowane, ciut nudne, ciut oklepane i jakieś takie nieprzyjemne w odbiorze. Wiadomo wszak, że walka ta jest przegrana, gdyż przeczytanie tych wszystkich porad, samo w sobie, nie pokona fali pomarszczonej skóry, która przetacza się przez ciało apetycznej niegdyś niuni, zamieniając ją nieodwracalnie w Jabbę z Gwiezdnych. Peszek.

środa, 19 kwietnia 2017

O perfekcyjnym życiu, idiotach i forach internetowych

Nie powinno się dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Nie lubię porównywać niczego, poza objętością ud i innymi sprawami, na które mamy czynny wpływ, a są niezależne od naszych poglądów, pochodzenia itepe. Powtórzę więc - nie lubię porównywać, dzielić ludzi, grupować, ale kurde, spora część tego globu to idioci. No idioci. Nie sposób inaczej tego określić. Internet jest pełen idiotów. Pierwsza myśl z  brzegu, z tego tygodnia - forum ortodontyczne, pytanie - czy mogę sobie kupić aparat osobno, a orto mi go tylko założy? Fanfary! Osobno, w sensie… używany? Najpiękniejszy komentarz pod spodem (nie mój, ale kogoś równie poirytowanego) brzmiał - plomby sobie kup, a dentysta ci je tylko założy. Hehehe. Idźmy dalej. Wchodzę na forum popularnego kobiecego portalu, w celu zbadania rynku, w celu napisania tego tekstu, w celu wyrzucenia myśli z głowy, w celu zapobiegnięcia jej eksplozji. Wchodzę, chcę dostrzec tekst, ale bombardują mnie reklamy, sukienki, spodenki, spódniczki, wiosna-lato, kurteczki, lakiereczki, cipeczki. Fuck - krzyżyk, krzyżyk, krzyżyk. Lewituję w pozycji kwiatu lotosu dziękując Bogu, że na insta nie ma reklam. Tfuuu, odpukać! Unoszę się nad biurkiem, myślami hasając po słonecznej łące w spodenkach z H&M, apaszce od Hermesa, staniku dobranym przez profesjonalną brafitterkę, a z mych zarumienionych policzków nie spadnie nawet drobinka różu, gdyż pędzle to tylko Maca. Czy czuję szczęście? Chcę poczuć szczęście w związku z wszechogarniającą mnie perfekcją. Tak, poczułam to, poczułam szczęście, gdyż… pozamykały się w końcu bezkresy okienek i linków przekierowujących mnie do zakupowych rajów. Alleluja! 



piątek, 31 marca 2017

Lea. cz 9 - Wdzięczność

- Albert! Gdzie ty jesteś!? Tu wszyscy cię szukają! Jej znaczy, ciebie, jej, was! - Luigi próbował zapanować nad drżącym głosem.
- Kto nas szuka? - Albert chodził od ściany do ściany w poszukiwaniu najlepszego zasięgu.
- No, wszyscy! Jakiś carabinieri brodaty, potem jakiś nadziany, błękitnooki, nieprzyjemny typ. Ledwo się go pozbyłem. Santa Madonna!
Lea patrzyła z niepokojem jak Albert nerwowo rozmawia przez telefon, od czasu do czasu wściekle na nią spoglądając.
- I co im powiedziałeś?
- Prawdę! Czyli, że nie mam pojęcia gdzie jesteście, że mam tu setki klientów i skąd ja mam wiedzieć. Od rana cała Paola i wszystkie okoliczne pipidówy aż huczą o tym morderstwie, nikt o niczym innym nie mówi. Orrore!
- Ja pierdole... - Albert przetrawiał tą informację jeszcze przez kilka sekund.



Lea cz. 8 - Luigi i goście

       Zza zakrętu po raz kolejny wyłonił się tunel, zalewając wnętrze samochodu ciemnością, przerywaną regularnie połyskującymi światłami. Lancia ciągnęła ile fabryka dała. Albert coraz mocniej zaciskał mokre dłonie na kierownicy. Rozładowywał napięcie cisnąc gaz i co rusz pogłaśniając muzykę, aż poczuł jak bębniące szaleńczo rytmy zagłuszają jego myśli. Niepewny wzrok Lei krążył pomiędzy drogą, licznikiem i wyrazem jego twarzy. Chciała coś powiedzieć, wiedziała jednak, że ją uciszy. Próbowała już kilkukrotnie w ciągu ostatniej godziny, ale za każdym razem kazał jej się zamknąć. Chciała podziękować, że po nią wrócił, opowiedzieć o mężu, o Ines, o sobie, i przede wszystkim odpowiedzieć na każde jego pytanie. Tylko, że on nie chciał już słuchać.



czwartek, 30 marca 2017

Lea cz. 7 - Wiadomości

- Opcje mamy dwie - Albert z łokciami opartymi na kolanach, siedział na skraju łóżka, obracając w palcach kluczyki od samochodu - albo idziemy na policję i wszystko im opowiesz - patrzył przenikliwie w oczy Lei, która słuchała ze skruszoną miną i jadła międzyczasie z takim zapałem, jakby wieki nie miała nic w ustach - albo ja wyjeżdżam, a ty rób co chcesz. - Zatrzymała widelec w połowie drogi i spojrzała wzrokiem skarconego psa. Albert miał minę pokerzysty.
- Widzisz, bo… - zaczęła z wielkim trudem - mój mąż, eee…
- O, męża masz, milutko - Albert pokiwał znacząco głową i łyknął swojej, już chyba ulubionej, grappy.
- Ty tak jeździsz po pijaku?
- Nie zmieniaj tematu. I nie interesuj się. Mów!

Lea cz. 6 - Hipotezy

- Ciao! Musimy pogadać! - Albert był dziś tak stanowczy i zdeterminowany, jaki nie był w ciągu całego małżeństwa z Evą - Chodź! - złapał Luigi za łokieć i prawie siłą zaciągnął go na zaplecze.
- Albeeerto! Szósta rano! Ty nie sypiasz?
- A ty? Mieszkasz w pracy? - zatrzasnął drzwi od magazynku, potykając się o pudła z makaronem. - Nieważne. Słuchaj, widziałeś tą dziewczynę wczoraj? Tą blondynkę, która była ze mną? Widziałeś jak była ubrana? Widziałeś co miała na rękach? Widziałeś?
- Si, Alberto, ho visto - potwierdził, poprawiając konstrukcję z pudeł, zgrzewek i opon.
- Świetnie, to posłuchaj….
Pół godziny później Luigi wiedział już w jakich okolicznościach pojawiła się Lea, wiedział o Ines i wiedział o dziwnym, rudym psie. Parzył kawę i wcale nie wyglądał na zszokowanego.
- Może mafia jakaś? - Albert próbował wejść w ten umysł przestępczy, złożony. Poruszyć szare komórki niczym Herkules Poirot. Łyknął kawy. - Macie tu pewnie mafie we Włoszech, co nie?
- Naturalmente! Alberto, mafii ci u nas dostatek. - Luigi uniósł znacząco brwi i kiwał przytakująco głową. - Kalabryjska, sycylijska, neapolitańska, do wyboru, do koloru. Neapol tonie w śmieciach, bo Camorra przejęła biznes utylizacji odpadów. Rozumiesz? Zwożą śmieci z całej Kampanii, upychają pod Wezuwiuszem, che cazzo!
- Hm… - Albert łyknął kawy.
- Hm… - Luigi łyknął kawy.
Zapanowała cisza, a panowie pogrążyli się we własnych myślach.


Lea cz. 5 - Pies

       Skąpana w nocnym mroku, kamienista plaża w San Lucido, pomimo trzeciej nad ranem, wciąż była nagrzana i zdawała się parować upałem poprzedniego dnia. Lea siedziała na ziemi, obejmując ciasno swoje podkulone nogi, bujając się leciutko w przód i w tył i co jakiś czas wysmarkując opuchnięty nos w chusteczkę. Albert robił to co zawsze - pił i palił. Poza tym, w tej chwili dodatkowo chodził w te i z powrotem wzdłuż wybrzeża i próbował nie eksplodować złością na szlochającą koleżankę obok. Miał dość tajemnic i tego, że pomimo całej powagi sytuacji, nie mógł wydusić z niej niczego sensownego. Lea w samochodzie dostała ataku histerii, ale wlał w nią, częściowo po dobroci, częściowo siłą, sporą ilość martini i jakby się polepszyło. Zastanawiał się teraz, już nawet nie nad tym kto zabił, bądź przyczynił się do śmierci tamtej dziewczyny, a gryzło go, że ją tam zostawili, tak po prostu... Odwrócili się na pięcie, w szoku wsiedli do samochodu i pojechali przed siebie, aż tutaj. O pozostawionych odciskach palców nawet nie chciał myśleć.

Lea. cz. 4 - Grota

Albert przyjrzał się dokładnie budowli, której plan, z jego perspektywy, wyglądał jak duże L. Front był pokaźny, ozdobiony kolumnami, łukami i posągami, całość w beżowych, jasnych kolorach. Na schodach stały donice z roślinami, a wszystko klimatycznie oświetlone latarenkami. Boczne skrzydło natomiast, na oko trzypiętrowe, charakteryzowała symetria, dziewięć drewnianych, półowalnych drzwi, w systematycznych odstępach, a pomiędzy nimi jednakowe okienka.
- Zacznijmy jeszcze raz od początku, frontowe wejście - zaproponował.
- Mi się wydaje, że to jednak było z tamtej strony - powiedziała niepewnie Lea, wskazując gąszcz zieleni z tyłu budynku.



Lea cz. 3 - San Francesco

- Dobrze, że ci twoi “znajomi”, nie upatrzyli sobie Asyżu na zakonne zabawy w chowanego, mielibyśmy dalej... - powiedział, wyrzucając trzeciego z kolei peta, przez odsuniętą szybę - tu Francesco, tam Francesco, o Watykanie nie wspomnę.
- Nie chciałoby im się aż tam, za dobrze strzeżone miejsce - Lea oparta głową o boczną szybę, patrzyła niewidzącym wzrokiem, gdzieś daleko przed siebie.
Taa, Albert zamyślił się na temat ogromnych gmachów i monumentów tonących w morzu, notabene stanowczo zbyt drogich, souvenir di Assisi, a wszystko wybudowane na cześć skromnego ascety, który umiłował sobie życie w zgodzie z naturą, w ubóstwie, radości do życia i świata bez jakichkolwiek dóbr materialnych. A tymczasem Asyż jest uosobieniem przepychu i bogactwa, jak jakiś “projekt życia” architekta z manią wielkości. Franciszek przewraca się w grobie.



wtorek, 14 marca 2017

Lea cz. 2 - Autogrill

- Ile jeszcze twoich poprzykuwanych w różnych miejscach koleżanek mam zgarnąć? - zapytał, ale sam do końca nie wiedział, czy chce znać odpowiedź na to dziwne pytanie, w tej dziwnej sytuacji i jeszcze dziwniejszym dniu, a raczej, już w zasadzie, nocy.
Przeprosiła. Albert zadał jeszcze kilka pytań, jednak Lea nie odpowiedziała na żadne, choć cały czas przepraszała. Nie mówiła za co, ale przepraszała, prewencyjnie. Wyglądała marnie. Co prawda była piekielnie ładna, miała na sobie tylko bieliznę i przerżnięte kamieniem na pół kajdanki na obu nadgarstkach, ale pomimo tego minimalizmu wyglądała marnie. Na stacji Albert, a w zasadzie Albeeeertooo! (jak go powitano od wejścia) miał już, jak widać, serdecznego przyjaciela - Luigi zdaje się, który albo desperacko szukał kolegów, albo po prostu był aż tak przyjacielski i wylewny. Lea poczłapała za nim. Chyba była czymś lekko odurzona, albo wyjątkowo nieusłuchana, bo kazał jej czekać, a ona przylazła pomimo to, robiąc małe zamieszanie w spojrzeniach wszystkich. Przeprosiła.
 

niedziela, 12 marca 2017

Lea cz. 1 - Bella, psia krew, vita

       Albert z każdym przejechanym kilometrem, pomimo sprzyjających warunków, jechał coraz wolniej. Pod nogami miał, standardowo, sprzęgło, hamulec, gaz, i niestandardowo, gin i tonic. Choć to chyba raczej dość klasyczne połączenie, przynajmniej tych dwóch cieczy. Wypiłby teraz choćby płyn do spryskiwaczy, gdyby ten miał w sobie choć krztę alkoholu, a niczego innego akurat nie byłoby w pobliżu. W głowie ciążyły mu myśli, łomotały, walczyły między sobą, odbijały się echem od splotów nerwowych, żył, tętnic i wszelakiego badziewia, jakie skrywało jego wysokie czoło. Tylko idiota mógł dać się tak orżnąć babie. "Wypaliłam się", usłyszał poprzedniej nocy. Nie odpowiedział, patrzył tępo, przekręcając ze zdziwieniem głowę, niczym pies, który zauważył odblask zegarka na ścianie i próbuje zrozumieć, w czym rzecz. Pięćdziesiąt na liczniku, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, czwórka. Mógł wymieszać to cholerstwo, albo co, bo diabelnie ciężko ogarnąć manualnie procedurę odkręcania nakrętek jedną ręką, ewentualnie zębami. Jego eks najpierw się wypaliła, potem dała dupy radcy prawnemu szwagra sąsiadki, czy innemu kudłatemu typowi, o rumuńskiej urodzie chłopaka sprzedającego kradzione zegarki na bazarze, a w międzyczasie przywłaszczyła sobie cały dobytek i sprzedała chałupę, składając podpis jego zapitą łapą. Jego - Alberta, który fakt, lubi sobie dziabnąć. Choć, cholera, może on sam to podpisał, no nie sposób spamiętać. Notariusz, ciul, zatwierdził wszystko elegancko, bez jego obecności, z nim też się pewnie, suka,  puściła. I wszystkie te informacje Albert zebrał w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Czterdzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, trójka. I ten cholerny asfaltowy zaduch. Zachciało mu się podróży, na stare lata, z puszczalską żoną, awersją do upałów, domatorskim usposobieniem i alergią na kurz. Szlag by to.

czwartek, 16 lutego 2017

Walentynka

Facebook to zło naszych czasów. Naprawdę rzadko przeglądam te pierdolety i gdyby nie mały plusik w postaci messengera, już dawno pozbyłabym się tego ustroństwa. Instagram to ciut mniejsze zło. Na snapchata mam, jak sądzę, zbyt wczesny pesel, więc problem z głowy. Pominę rozważania na temat tego, czy Walentynki to święto komercyjne i przereklamowane, czy miły akcent w temacie miłości, bo nie w tym rzecz. Niewygodna myśl ciśnie mi się natomiast w kontekście upubliczniania wszelkich detali z tym "świętem" związanych. Po pierwsze primo - żarcie. I teraz tak, zakochany on, zakochana ona, dzień zakochanych, czyli ich! Zjedzmy coś zatem. I już widzę oczami wyobraźni tę parę siedzącą naprzeciw siebie w przystrojonej kolorami miłości, kameralnej knajpce, z delikatną, melodyczną balladą w tle, iskrą w oku, motylem w brzuchu, a w skrajnym przypadku, etui z pierścionkiem uwierającym w tylnej kieszeni Romea. Świat w tęczowych kolorach. Zapach snujący się za lawirującym pomiędzy stolikami kelnerem. I kamera stop.


sobota, 11 lutego 2017

A wiesz... Pstryk



A wiesz, kiedyś rzucę
to wszystko, pstryk
Zachłysnę się śmiechem
energicznym, diabolicznym
szyderczo - spokojnym
panicznie - histerycznym
Pstryk...

piątek, 10 lutego 2017

Bajeczna, nic nie warta, poetyczna proza. I maść.

Maścią się nasmaruję. Cała, calutka, wewnątrz, na zewnątrz i meble pociągnę. A co, maść dobra na wszystko. I bajkę obejrzę, stworzę, odtworzę. Profilaktyka, prewencja, ignorancja, gaszenie pożarów, eksplozja. Tykam. Tik tak. Kulfon i Monika. Gąska Balbinka. Każda chce być brzydkim kaczątkiem. Tylko tym, w drugiej części bajki. Bądź! Kopciuszek ewoluował, w Królową Śniegu. Maja miała Gucia. Fajny był, guciowaty. Calineczka miała liście. Wszystko legalnie. Różne wiadomości. Karambol. Karaaamba.


czwartek, 9 lutego 2017

Sinusoida





















Zaschła mi krew na palcu
Zupełnie przypadkowe odkrycie
Zakrwawiony cały, cholera skąd?
Nie pamiętam, żebym się zraniła...
Może samo pękło?
A może to nie krew?


Polizałam, to jednak krew
Minestrone z moich krwinek
Wszystko ze mnie wypływa co chwilę
Jak z bohaterów - krew, pot i łzy
Z tą różnicą, że u mnie jakoś tak
Bez wyższego celu

środa, 8 lutego 2017

Cztery żywioły, czyli spontaniczny koniec świata

Stoję w moim pokoju w rodzinnym domu, na drugim piętrze, mam może piętnaście lat. Przyglądam się burzy szalejącej w południowo-zachodniej część nieba. Stoję na  wprost drzwi balkonowych jak zabetonowana, nie mogę niczym ruszyć, ani ręką, ani nogą, ani głową, niczym. A tam na horyzoncie zamiast ciemnej, ciężkiej od wody chmury, oświetlanej pajęczyną błyskawic, zauważam ścianę ognia, zbliżającą się wprost na mnie, pochłaniając i paląc wszystko na swojej drodze. O Chryste... W myślach desperacko szukam drogi ucieczki. Mogłabym zbiec po schodach i schować się w piwnicy. Zrobiłabym to, gdybym tylko... mogła się ruszyć. Skąd ten ogień?! Cholera! Skąd ta piekielna, płonąca ściana?!

Może to koniec świata?

O Boże. Chcę tylko móc się poruszyć...

Wszędzie czuję to ciepło, jest coraz bliżej. Zostało już tylko kilkadziesiąt sekund. Łup, łup. Moje serce zaczyna bić szybciej i mocniej. Ten ogień spali mi skórę, włosy, paznokcie, płuca, oczy - wszystko! Tak właśnie umrę? Zaciągając się ognistym powietrzem. Nie chcę... spłonąć. Zaciskam powieki najmocniej jak potrafię. Łup, łup, łup. Nie otworzę ich, zanim to się nie skończy. Już pewnie nie otworzę ich nigdy. Już nigdy nie zobaczę świata. Cholera! Nie zgadzam się. Dlaczego nikt tego ze mną nie przedyskutował?! Łup, łup, łup!

Łuuup!

Cisza. Zupełna cisza. Gdzie "łup"? Stanęło? Moje serce przestało bić. Czuję duszącą gulę w gardle. Uderz, proszę, uderz jeszcze raz. Jeszcze choć jeden raz. Proszę.

Proszę...


niedziela, 5 lutego 2017

Ona

Komercyjny chłam uderzający strzępkami w odkryte tereny mojej podświadomości
Przekaz podprogowy czyniący mnie konsumentem
Codzienne czynności umilone odmóżdżającym tłem gadającego przedmiotu
A niby tak uciekam od nadmiaru chaosu...
Hipokrytka

I jeden znajomy ton głosu, rockowe dźwięki, czarno-białe kadry
Ona... odwieczna inspiracja
Zadziorna jak kiedyś
Nigdy nie byłam chłopczycą, ale gdzieś się zahaczamy
Wspólny mianownik tańczy w jej słowach i w moich myślach
Bunt życia, męskie spojrzenie w kobiecych oczach, krzyk duszy


czwartek, 2 lutego 2017

Po co te podwójne ronda, czyli luźna refleksja na temat kobiecej logiki

Wsiadamy do samochodu. Za kierownicą ja. Mam do przejechania 3 km. Żal mi, że nie 300. Mogłabym tak wsiąść i jechać, i jechać, i jechać... W siną dal. Od zawsze czułam gdzieś tam głęboko w podświadomości, że będę to lubić. Nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo. Nie sądziłam, że będzie to tak ogromna miłość... 


środa, 1 lutego 2017

Pętla

Napisane pewnego jesiennego, niedzielnego popołudnia...

Widziałam dziś dźwięki i słyszałam kolory. Odgłosy drżały, zaginały przestrzeń, pojawiały się i znikały, opadały z impetem, takim samym z jakim opadają liście. Żadnym. Balansowałam pomiędzy euforią a rozpaczą. Zobaczyłam kwiaty w kolorze pastelowego różu i koszyczek na ławce obok, także różowy. Co jest z tym różem dzisiaj? Miałam różową bluzkę i różowe buty w reklamówce. Tak, w reklamówce. Nieważne, zbędne wyjaśnienia. I ciepła barwa jesieni, wszędzie. Ta jesień jest jeszcze młoda. Czy jesień może być młoda? Ona z automatu kojarzy się ze starością. Poczułam się dziś bardzo staro i bardzo młodo zarazem. Czy wiek jest ważny? Czy cokolwiek jest ważne? Odległość? Czas? Przestrzeń? Co jest z tymi kolorami? Czemu świeci słońce zawsze kiedy spadam na samo dno, kiedy rozbijam się z impetem liści. Żadnym. Czy to słońce chce mnie pocieszyć tym, że... jest? Czy dobić tym kontrastem pomiędzy moim nastrojem a radosnym żarem bijącym z nieba? Hasztag, że jest pięknie, gdy łzy same płyną. Cała ja. Jest pięknie, zapamiętaj sobie. Zawrót głowy, szum, odlot, luz... Pętla.



poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kim jesteś?




Kim jestem, nie wiem wciąż
Kim jesteś ty - powiedz mi
Milczenie jest złotem
Bzdura...
Słowa nadają sens


Puka ktoś i puka
Strach łomocze w drzwi
Nie otworzy mu człowiek
Nie wstanie z krzesła
Uda, że nie słyszy

niedziela, 29 stycznia 2017

Horoskop na dziś

Znane są mi różne formy tracenia czasu na bezwartościowe czynności, doprawdy przeróżne, jednak czytanie horoskopów zawsze będzie na czele. Oddaję się temu zajęciu doprawdy rzadko, w odstępach kilkumiesięcznych, ale coś mnie dzisiaj tknęło i cholera, prawie godzina nie moja… Na każdym „magicznym” portalu napisane jest coś zupełnie innego. Komu mam wierzyć? Kariera wystrzeli w kosmos, uważaj na wydatki, miłość kwitnie – korzystaj, uważaj na konflikty, uważaj na zdrowie, uważaj na szefa, uważaj na przelotne flirty, flirtuj ile wlezie, to czas dla singli, nie jesteś singlem – księżyc ustawił się tak jak jeszcze nigdy,  idealny czas na potomstwo, dbaj o zdrowie po raz drugi, stoisz na progu weekendu – szalej, ostrożności w finansach nigdy za wiele, dbaj o przyjaciół, uważaj na nielojalnych przyjaciół, wypocznij, pracuj – jesteś teraz najbardziej efektywna. Stooop! Zwariuję. Nigdzie nie napisali, że zwariuję - dziwne. Planety wirują wokół mojej aury, aż mnie mdli.  Czuję ruch wirowy prawie namacalnie. Podobno jak miałam cztery latka, zwymiotowałam mamie do torebki na Diabelskim Młynie. Nie pamiętam tego, ale jakoś mi się skojarzyło z tymże właśnie korzystno - niekorzystnym ustawieniem gwiazd i astrologią. 


sobota, 28 stycznia 2017

Bo dobra organizacja to podstawa!

Jako kilkuletnia dziewczynka byłam mistrzynią organizacji wszelakiej - życia, czasu i przestrzeni. Moje kredki i mazaczki zawsze były posegregowane kolorystycznie, misie ułożone od najmniejszego do największego, a bluzeczki złożone w równą kosteczkę. Pantofelki leżały równiutko przy łóżeczku, ubranka na kolejny dzień zawsze były przygotowane wcześniej, a w plecaczku panował ład i porządek. Idealny przepływ energii. Równowaga wewnętrzna i zewnętrzna. Budziczek nastawiony odpowiednio wcześniej, żeby przypadkiem nie musieć się spieszyć. Nie zasnęłabym, gdybym w końcu nie rozwiązała tego zadania z matematyki, z którym męczyłam się półtorej godziny, aż w końcu wyszło. Żadnych niedokończonych spraw. O mój Boże, co się stało z tym dzieckiem? Czasy renesansu organizacyjnego dawno odeszły w niepamięć... Podejrzewam, że bezpowrotnie. 



Apel do ludzi

Napisałam sobie w zeszyciku apel do ludzi, niebieskim długopisem, drukowanymi, koślawymi literami. A treść była następująca: "..... się ode mnie!" W miejscu kropek widniało przekleństwo. Każdą literkę z zapałem poprawiałam starannie kilka razy, aby trochę pogrubić czcionkę. Oddałam się temu zajęciu całą sobą, skupiając się tylko na tym, po czym z dumą przypatrywałam się powstałemu dziełu. Mogłabym zrobić zdjęcie i wrzucić na wszystkie portale społecznościowe, na których jestem. Mogłabym dorzucić też zdjęcie środkowego palca i zrobić z nich kolaż. Kuszące.  Ewentualnie mogłabym wyrwać tą kartkę z zeszytu, schować w kieszeni, po czym wyciągać i wyraźnie odczytywać w każdym odpowiednim ku temu momencie. Mogłabym też nakleić ją sobie na... gdziekolwiek, byle z przodu i tak maszerować po ulicach. Wiem, że to głupie, szczeniackie i bezsensowne, ale jak inaczej wyrazić irytację, na wszelkie dobre rady czy opinie na jakikolwiek temat, wchodzące w moją mentalną przestrzeń osobistą, których po pierwsze nie potrzebuję, a po drugie wcale nie są dobrymi radami, bo nikt... nie jest mną. Już tłumaczę frustrację. Natchnęła mnie rzeka, a było to tak... 


piątek, 27 stycznia 2017

Mokre ulice nocą

Mokre ulice najpiękniejsze są nocą, kiedy blask latarni odbija się w kałużach, a każdy okryty wilgocią element przestrzeni, wydaje się zwracać na siebie uwagę. Świat chwilowo tkwi w zawieszeniu pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Taki dziwny stan. Trudno nie zauważyć, że padał deszcz, baa, być może przeszła solidna ulewa, możliwe, że burza, a być może była to tylko delikatna mżawka. Każdy dźwięk jest wyraźniejszy. Słychać odgłos butów - stukających, mlaskających, głucho dudniących i odbijających się echem od mokrych chodników. Połyskujące liście niczym przyćmione żaróweczki rozświetlają każdą gałąź, tworząc osobliwy pejzaż. Jest miło, nastrojowo, romantycznie. Człowiek ma ochotę wrócić do ciepłego domu, wsunąć zmarznięte ciało pod miękki koc, ścisnąć w dłoniach kubek gorącej herbaty i przyglądać się kroplom spływającym po szybie. Działanie paradoksalne - chłód wywołujący reakcję ciepłych skojarzeń i dziwnie przyjemny stan niepewności, bo któż wie, co przyniesie jutro...


czwartek, 26 stycznia 2017

Trzy krzesła, czyli pranie brudów, czyli luźna refleksja na temat męskiej logiki

Chcę zrobić pranie, to znaczy - nie ja, tylko pralka. Tak, pralki robią pranie, aż się trzęsą do tego, przez co zupełnie wyparły mój argument "wyjdź z psem, bo ja muszę zrobić pranie". Standardowa odpowiedź brzmi, że "pranie robi pralka, to nie średniowiecze". Ależ oczywiście, w sumie jakaś logika w tym jest, więc ja chcąc pchnąć ten mechanizm do przodu, tylko wrzucę do niej ciuchy, bo sama jakoś nie ogrania. I stoję przed dylematem. Trzy krzesła. Na każdym ubrania. Hmm... są, powiedzmy, mniej więcej poukładane. Ale! Ale pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego one tam leżą? Kobieca logika podpowiada mi, że to nie jest ich miejsce. Mogłabym zbadać sprawę organoleptycznie, na węch może, czy coś, ale pójdę na łatwiznę i po prostu zapytam, czemu te rzeczy nie są w szafie lub w koszu na brudne ubrania, czyli dwóch miejscach, w których według mojej skromnej opinii, powinny się znajdować. Jednocześnie przez głowę przebiega mi myśl, że ubrania te są zarówno brudne, czyste, w połowie brudne, w połowie czyste lub trudne do zdefiniowania pod względem czystości. I tu pojawia się pytanie - skoro i tak są pomieszane, dlaczego nie leżą na jednym krześle? Na tych dwóch pozostałych, ktoś mógłby na przykład usiąść...

środa, 25 stycznia 2017

Omnomnomnom

Kuchnia niewątpliwie stwarza dla mnie zagrożenie, a ja plus kuchnia stwarzamy zagrożenie dla otoczenia. A wszystko zaczęło się przed pewną Wielkanocą...


wtorek, 24 stycznia 2017

Gdybym była facetem...

Myślę sobie czasem jakby to wspaniale było, gdybym była facetem. Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi na myśl, to szafa pełna takich ciężkich, ważących tonę, męskich butów, z wielkimi sznurówkami i jeszcze większym jęzorem. I już błąd. Już myślę jak baba. Ehh... O czym myślą faceci? O samochodach? O seksie? O zarabianiu pieniędzy? Też o tym myślę, jak każdy, chyba. Może o czym nie myślą faceci? O przepisach na drożdżówkę, o modnych wzorach pościeli, o pielęgnacji roślinek? Też o tym nie myślę. Przynajmniej niezbyt często... Może mentalnie jestem facetem? Nie, chyba nie. Gdzieś tam z tyłu głowy tańczy mi myśl, do której ciężko się przyznać, że mężczyźni chyba po prostu nie są tak próżni jak my – kobiety. A z drugiej strony czy taka świadoma i kontrolowana próżność jest zła? Może jest słodka? Setki pytań, zero odpowiedzi.


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Pierwsze płatki śniegu | one shot

Robert szybkim krokiem przemierzał kolejne metry ciemnej uliczki. Nie czuł chłodu, który otaczał wszystko wokół. Czuł jedynie żar palący od środka jego wnętrzności. Żal i żar. I wściekłość. Wiedział dokąd go prowadzą jego własne nogi, bezwiednie, bezmyślnie i zupełnie bez sensu. Nie pił od prawie czterech lat, jednak dziś nadszedł chyba ten dzień, kiedy historia zatacza pętlę. Wolałby stanąć na rozstaju dróg i podążyć nową, nieznaną, tajemniczą ścieżką, niż zawrócić z piskiem opon i w doprawdy nieprzyjemnym dejavu, wrócić do punktu wyjścia. Tymczasem bilans ostatniego tygodnia był zdecydowanie ujemny. Szef, który podziękował mu za współpracę i żona, która podziękowała za małżeństwo. Niedoceniony, zdradzony, wyprany z uczuć. O złych wynikach ojca nawet nie chciał wspominać, kolejny przerzut...


niedziela, 22 stycznia 2017

Elektronicznie

Elektroniczny dym z elektronicznego peta przysłania mi elektroniczny ekran elektronicznego laptopa, w połowie którego odbija się obraz akcji jakiegoś sensacyjno - komediowego, głośnego filmu w moim, tak, tak, elektronicznym telewizorze. W moim wielkim, elektronicznym telewizorze, który nadaje rytm życia tego pomieszczenia. I milionów pomieszczeń w milionach domów. Elektroniczny telefon, to dopiero jest złodziejska menda. Okrada mnie z czasu jak nikt inny. Załóżmy, że to małe prostokątne gówno jest winowajcą, nie ja sama, do tego się nie przyznam. Przyglądam się moim dłoniom, spierzchnięte jakieś, nijakie, krem został gdzieś w pracy. Przyglądam im się uważnie, chyba jeszcze nie są... elektroniczne?


sobota, 21 stycznia 2017

Sejsmicznie

Drżą mi ręce
Trudne, głupie słowo
Myśli też wpadły w rezonans
Drżę już cała
Epicentrum jest gdzieś wewnątrz
Mnie

Pięć w skali Richtera
Rośnie w zastraszającym tempie
Odwrotnie proporcjonalnie do stabilności
Boję się, zapalę


piątek, 20 stycznia 2017

Anarchistka

Nie chcę żadnej władzy, anarchistką zostałam
Próbowałam zrozumieć, serio się starałam
Z każdej strony ładują, poglądy narzucają
Zasłaniają się wiarą, mnie... nie przekonają

Bóg Ci dał to ciało, rozum i wolną wolę
Oni bawią się w Boga, chcą odwrócić rolę
Pan jest tylko jeden, może on bomby kładzie
Pod drzewem, za drzewem, w środku, na pokładzie



czwartek, 19 stycznia 2017

Bo najlepszym przyjacielem kobiety jest gej

- Musisz poznać M. Jest sympatyczny i jest… bi.
- Bi?
- No. Bi. Z naciskiem na homo.
- Spoko. W ogóle, skąd Ty bierzesz tych kolegów?

Tak się zaczęło. Poznałam M. i niemal natychmiastowo okazało się, że to jedna z tych osób, które mają wpływ na moje życie większy niż bym się spodziewała i w dużym stopniu odnalazłam w nich siebie. Jedna z niestety bardzo niewielu takich osób. To jest tak, że spotykamy setki ludzi i większość jest jak piosenki w RMF’ie, są codziennie gdzieś tam w tle, obok nas i nawet jeśli podśpiewujemy sobie nieświadomie pod nosem, to za moment całkowicie zapominamy o ich istnieniu. Czasami jednak trafi się utwór, który oderwie naszą uwagę, niezależnie od tego co właśnie robimy i jak bardzo jesteśmy zajęci. Zmusi nas, żeby wstać i podgłosić, bo jest jednym z naszych ulubionych, bo kojarzy się z czymś miłym i wprawia w dobry nastrój. Tak samo jest z ludźmi.