piątek, 20 października 2017

"Niewidzialne potwory", czyli największa psychodela jaką do tej pory czytałam

"Pokaż mi uwagę.
Błysk."

Zaczyna się sceną schodzącej ze schodów panny młodej, w spalonej sukni i strzelbą w ręce. Kobieta nazywa się  Evie Cottrell, choć to mało istotne. Początek leciutko trąca "Kill Billem". Brandy Aleksander leży gdzieś poniżej wspomnianych schodów, wykrwawiając się na śmierć. Jest jeszcze ona - ta trzecia, najważniejsza, główna bohaterka. Mamy więc zarys zakończenia. I pyk - przeskakujemy w czasie.

"Nikt nie jest jeszcze do końca nieżywy, ale powiedzmy sobie, że zegar tyka."

Ta książka to kadry. Chaotyczne kadry. Przewspaniałe ujęcie czasu i miejsca akcji. Stuprocentowy sposób na wyeliminowanie nudy. Ale do rzeczy, o czym konkretnie napisał Palahniuk. Supermodelka... Blee, nuda. Supermodelka, która w wypadku traci pół twarzy i przestaje być supermodelką, ba, przestaje być nawet człowiekiem, jeśli weźmiemy pod uwagę fizyczno-estetyczne normy człowieczeństwa. Łoo, myślę. Ale nie mam czasu myśleć, bo muszę nadążać. Tu nic nie jest ułożone po kolei. Jesteśmy tu i teraz, za chwilę uderza w nas retrospekcja z dzieciństwa bohaterki, by w mgnieniu oka zostać wypartą przez psychodeliczny dialog pośród tabletek na podłodze toalety pięknego, pustego domu. Fabuła przeskakuje. Kica jak beztroski króliczek po słonecznej łące. Choć beztroska to raczej złe słowo w przypadku tej powieści. Tu wszystko jest ciężkie. I mocno popieprzone.

"Pokaż mi beztroskę.
Błysk."





"Przeskok na to, że wszystko jest teraz możliwe."


sobota, 14 października 2017

Żelazko

Żelazko na mnie patrzy. Durny przedmiot, bez duszy i rozumu, ani pogadać, wymienić poglądów, ani nic. Tylko wziąć i prasować. Idiotyczne zajęcie. Czemu ludzie mogli wymyślić pralki, miksery, odkurzacze i inne takie, nawet zmywarki, a żelazko jakie było, takie jest. Nie można tych szmat jakoś wygładzić inaczej? Jakimś robotem wygładzającym, czy coś. Automatycznie. Buchnęło parą. Cwane, wyłapuje myśli. Nie, nie, nie, kochaneczku. Buchanie parą, to jeszcze nie dialog. Środkowy palec. Ha, no i co teraz? Jakaś reakcja, pomachasz kablem jak rasowy pudel? Czekam. 


czwartek, 12 października 2017

Marlowe vs Poirot, czyli dwa oblicza kryminału

Marlowe i Poirot są idealnym przykładem, jak odmienne może być spojrzenie na, z pozoru, ten sam temat. Łączy ich branża i skuteczność. I nic poza tym. Poirot rozwiązuje zagadki siedząc i przeprowadzając skrupulatną analizę, Marlowe szwenda się po mieście, namacalnie odkrywając prawdę. Poirot jest zasadniczy, ułożony, kulturalny i zadumany. Marlow przechyla piersióweczkę prowadząc wóz i nie daje się wbić w jakiekolwiek ramy. Poirot myśli, Marlowe kombinuje. Źle. Doprecyzuję - Poirot kombinuje myśląc, Marlowe myśli kombinując. Poirot cieszy się społecznym uznaniem, Marlowe wyleciał z roboty w prokuraturze za pyskowanie. Mocne, charakterystyczne postaci. Mam swój typ.



poniedziałek, 9 października 2017

Jack Ketchum "Jedyne dziecko", czyli psochopaci są tuż obok

(Uwaga, recenzja może zawierać spoilery.)

Arthur Danse jest ciekawym człowiekiem. Tak pomyślałam najpierw. Myślę sobie - konkretny, zdecydowany, ciut brutalny, ale w jakiś sposób także fascynujący. Dopiero potem wyszedł z niego prawdziwy sukinsyn.
Źródło: www.merlin.pl

sobota, 7 października 2017

Cormac McCarthy "Droga", czyli książka od której dymi czacha

(Uwaga, recenzja może zawierać spoilery.)

Po czym poznać dobrą książkę? Po tym, że kiedy skończysz czytać, masz problem z powrotem do rzeczywistości. Dymi Ci czacha. Tak, to dla mnie główny wyznacznik zacności. "Droga" McCarthiego jest właśnie takim tworem. Dawno nie pisałam nic o tym, co aktualnie czytam, ale ta lektura zainspirowała mnie wystarczająco i wręcz zmusiła do wyrzucenia przemyśleń z głowy. Po przeczytaniu wyłam dwadzieścia minut. Łzy leciały ciurkiem, a nie mam w zwyczaju płakać z byle powodu. W tym wypadku, było to silniejsze ode mnie. Spluwam siarczyście na wszystkie romansidła, które niby "wzruszają". Dupa! Warte pogardy, w porównaniu do tego arcydzieła. Kiedyś nawet pisałam tutaj o jakiejś książce, która mnie niby wzruszyła, taa... Moje poglądy zdecydowanie ewoluowały. "Droga" - majstersztyk. On i syn, i nic poza tym, dosłownie. Postapokaliptyczna Ameryka. Jedyne co można spotkać to chłód i ciemność, czasem jakiś człowiek, który za jedyny cel ma przetrwanie. I tu pojawia się problem, gdyż chłopczyk w tym świecie stanowi tylko wartość energetyczną... Jego ojciec ma jaja. Ma takie jaja, że trudno nie wpaść w podziw. Walczy do końca, dla syna.

Źródło:  www.wydawnictwoliterackie.pl

Sebik i Karyna, chatka w górach i śmietnik, czyli refleksja wakacyjna

Również pisane jakiś czas temu...

***

Polacy na urlopie dzielą się na domatorów, typ "all inclusive" oraz tych z rodzaju "hej przygodo". Domatorzy, czyli ci, którzy w podróż to niekoniecznie, w dużej mierze składają się z ekipy remontowej. I w zasadzie podziwiam ludzi, którym chce się odświeżyć swoje gniazdko w czasie wolnym, gdyż ja osobiście remontów wszelakich unikam jak ognia. Zdecydowanie nie jestem typem kobity, która wisi na chłopie, bo ma wizję przemalowania ściany na dojrzałą brzoskwinkę. Nienawiść do remontów nadrabiam przemeblowaniami, regularnie, co około trzy miesiące, wszystkie meble wędrują po mieszkaniu, a że mój facet też lubi, to korzystam. Typ "all inclusive", czyli Chorwacja, Bułgaria, te sprawy, żarcie do oporu, i pomimo że zagranica, to Polacy na każdym rogu. Spoko, opcja zapewne najwygodniejsza, aczkolwiek zbyt komercyjna jak dla mnie. Zawsze uciekam w tą trzecią możliwość i tym samym w miejsca, gdzie budek z piwem i turystów jest jak na lekarstwo. Zwłaszcza wczasowiczów typu Sebik i Karyna - on idiota z mordy, browar w ręce, i w nowiuśkich, bielutkich adidaskach, które z jakimkolwiek szlakiem turystycznym styczności nie miały i mieć nie będą. Ona - przyjechała akurat z nim, bo jego wóz ma więcej koni niż kolegów i wzięła wszystkie rodzaje szpileczek i klapeczków jakie zmieściły się w torbie, i choćby było 40 stopni w cieniu, to i tak pomaluje ryj pięcioma rodzajami pudrów kryjących. Ave Karyna! Co ciekawe - zarówno Seba, jak i jego luba, nie wiedzą co to kosz na śmieci i gdzie się nie pojawią zostawiają po sobie swoiste "artefakty". Czasami śmietnik myli im się z górskim potokiem, ale trudno się dziwić, przecież to tak cholernie trudno rozróżnić, ech...


piątek, 6 października 2017

Matka Polka, maż idealny i bania stulecia, czyli przemyślenia mężatki

Napisane dawno, dawno temu... czyli jakoś w sierpniu, za górami, za lasami... czyli wylegując się na urlopie. 

***

To uczucie kiedy jesteś trzeci dzień na urlopie, a zdążyłaś odebrać czternaście telefonów z pracy i kusi cię ikonka trybu samolotowego bardziej niż kiedykolwiek. Zastanawiasz się mimochodem co by było, gdybyś zaszła w ciążę i zamieniła etat na roczne wakacje. Co najmniej roczne... Temat budzi wiele wątpliwości. Pytasz więc swojego świeżo upieczonego męża czy aby nadajesz się na Matkę Polkę, bo Matki Polki z takim podejściem do życia i ludzi, to świat nie widział. Mąż twój, idealny notabene, odpowiada, że świetnie nadajesz się na matkę, baa, nawet na Matkę Polkę, aczkolwiek taką swoją, własną wersję - Matki Polki Hejterki. Rzucasz więc palenie. Mąż idealny solidaryzuje się i też rzuca. Rzucacie dzielnie oboje. Efekt jest taki, że po kilku godzinach bez własnych papierosów robicie maślane oczy do obcych ludzi, próbując na siłę wysępić fajeczkę od każdego potencjalnego palacza. Trudne dobrego początki.


środa, 12 lipca 2017

Mięsny obserwator

Dwie rodziny stoją przede mną w kolejce na mięsnym. Myślę - luz, ekspedientki trzy, osób w kolejce sześć, dzielone na trzy osoby przypadające na stado, czyli dwóch unikalnych użytkowników eee… kolejki, plus ja. Podsumowując - jedna baba za ladą moja! Prosta matematyka.
Dupa. Otóż jedna kobita pochylona nad otwarta kasą, ze zmarszczkami wysiłku umysłowego i potem na czole, liczy klepaki. Druga natomiast szoruje krajalnicę. Czyli czekam. To jest właśnie idealny przykład złego wykorzystania kapitału ludzkiego. Tłum ekspedientek ledwo się mieści za ladą, ledwo im miejsca wystarcza, obijają się tyłkami o siebie, a robota stoi - człowiek sterczy i czeka jak debil. Nieważne. Patrzę na rodzinki kątem oka. Jedna trzyosobowa - ona, on i dziecię maluteńkie. Ona jak beczka, facet wkurwiony, a dziecko się drze. Ale tak się drze, że ludzie spod lodówki z mrożonkami patrzą. Mi  tymczasem jest szkoda dziewczyny. Powiedziałam potem mojemu narzeczonemu, że jeśli kiedyś będę w ciąży i nie będę mogła się opanować od jedzenia, to ma przede mną chować żarcie, albo ma na mnie wrzeszczeć, do wyboru. Cel uświęca środki. Powiedział, że z moimi odwiecznymi paranojami na temat wizji sadła, obżarstwo hormonalne na pewno mi nie grozi, i że prędzej będzie musiał pilnować, żebym nie zagłodziła siebie i "pasażera". Zignorowałam, kazałam przysięgnąć. Przysiągł. Dla świętego spokoju zapewne, ale dobre i to.  
Wracając - dziecko się drze i cieszy zarazem. No nie zrozumiesz. Facet opanowuje wkurw i robi głupie miny do potomka, a nuż atmosfera ewoluuje i się wszyscy pośmiejemy. Hehe. Młody złapał powietrza i z nową energią rozpoczął reczital, zagłuszając krajalnicę do wędlin. Desperacko szukam w torebce słuchawek, ale akurat dziś nie wzięłam, szlag by to. 


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Opowieść o księżniczce i worku

Pusty pliczku - pamiętniczku, rzekłabym. Ta... świat jest pełen inspiracji, a wyobraźnia powinna być głównym motorem napędowym w jakże przyjemnym procesie tworzenia, a konkretnie - pisania, czegokolwiek. Cóż, u mnie to nie do końca tak działa. Całe życie wszystko na odwrót. Natchnienie me płynie bowiem z każdego najbardziej błahego i przyziemnego dupsa codzienności (dups* w wolnym tłumaczeniu - sytuacja, zdarzenie, rozmowa, przedmiot, osoba, czyli zbiór liczb rzeczywistych otaczającego świata). Voila. Taki worek na przykład. Niezwykła historia worka dojrzała, by za dotknięciem czarodziejskiej klawiatury, zamienić się w opowieść. Otóż - dawno, dawno temu…


czwartek, 15 czerwca 2017

O truskawkach, notatniku i kocie miesiączkowym

Palec wiszący nad klawiaturą dłużej niż sto dwadzieścia sekund plus pusty plik tekstowy, to zdecydowanie zły znak. Życie na wysypisku śmieci własnych, nic nie znaczących myśli i nic nie wnoszących słów. Błahostki dnia codziennego. Żadnej głębszej reflekcji. Żadnych przełomowych czynów. Mdło i przezroczyście. Mała rzecz - znaleziony, pożółknięty notatnik, format A4, ilość kartek - osiemdziesiąt (zostało na oko czterdzieści), wyblakła kratka, zapisanych słów - zero, cena detaliczna - 620 zł, czyli stary. Zasuszony komar w środku. Pomijając owada, przedmiot szalenie inspirujący. Chodzę z nim od rana. Został moim przyjacielem na dzisiejszy dzień.

Jako niezorganizowana kobieta, każdego roku, opóźniona, budzę się z letargu, gdy sezon truskawkowy chyli się ku schyłkowi i muszę zadowolić się resztkami z nadzieją, że kolejnego roku nie przeoczę dziesiątek straganów z koszykami pełnymi czerwonych witaminek i w końcu porządnie skorzystam. Czary mary! Jako zorganizowana kobieta, w tym roku, wyciskam z sezonu truskawkowego wszystkie soki, a moja kuchnia stała się owocem i witaminką płynąca. Sramy już tylko truskawkami. Umiejętność osiągania kompromisu - zerowa. Poziom zorganizowania - wyższy. Zadowolenie z zaistniałego progresu - trudne do zdefiniowania.